W kawałkach

“Weź się zbierz do kupy”. Od pewnego czasu jestem dość cięty na ten tekst.

Otworzyłem niechętnie oko, rozejrzałem się. Półmrok pokoju przecinały strugi światła, wpadające przez dziury w okiennicach. Wokół majaczyły krzywe meble, w nogach łóżka straszył stojak ze zbroją, wszystko tam gdzie było kiedy przywlokłem się przed świtem. W strugach tańczyły świetliste drobiny; pewno tylko kurz, ale na wszelki wypadek złożyłem palce w gest bariery. Dłoń zamrowiła, drobiny poruszały się dalej. Kurz.

Po świetle sądząc, był poranek – coś musiało mnie obudzić. Podniosłem się, oparłem na łokciu – coś chrobotało na stole. Odrzuciłem koc – a przynajmniej spróbowałem, bo drugiej ręki nie miałem. Szlag by to jasny.

Podniosłem się niezgrabnie – i była tam, z zaaferowaniem i chrupotem wyrabiała coś na stole. Nie mam pojęcia jak się zorientowała, ale kiedy ruszyłem do niej, zaczęła zwiewać. Rzuciłem się za nią z rumorem przewracanych mebli.

No więc owszem, jestem weteranem. Wróciłem z Wojny – no, w większości wróciłem. Wbrew temu co mówią heroldzi księcia pana, wojacy nie dzielą się na zwycięskich bohaterów i bohatersko poległych. Są jeszcze tacy, co ledwo wyżyli. Tacy, co to ich chmura ostrzy albo ognista kula tylko zawadziły, pozbawiając oczu albo twarzy. Albo rąk.

Prawie ją miałem, ale się wyśliznęła i szmyrgnęła pod szafę. Chwyciłem szczotkę i zacząłem szturchać na oślep. Albo wypłoszę, albo chwyci, tak czy tak będę ją miał.

Zwykłe rany to nie jest duży problem – bez kapłanów Veldy-opiekunki wojsko nie miałoby sensu – ale utracone kończyny to poważniejsza sprawa. Oczywiście, wszystko można zregenerować, ale z tych kilku groszy zwykłego tarczownika nie uzbiera się “dobrowolny datek” dla odpowiednio wysokiego rangą klechy. Dlatego musiałem sobie radzić, i dlatego muszę ganiać po brudnej izbie własną rękę. Jest sztuczna, ale moja. Owszem, łapie i żre myszy, nie wiem czy to dowcip artificerów, czy faktycznie się nimi żywi. Lepsza taka niż brudny hak.

Dorwałem ją w końcu, docisnąłem do kikuta, zaciskając zęby przytrzymałem póki nie wrosła. Już niedługo. Wczoraj się zaciągnąłem – pióro złamało się, kiedy się podpisywałem, dobry znak, Bezimienny mi sprzyja – dziś w południe schodzimy w katakumby pod Olbrzymem. Jeśli wrócę żywy, powinienem mieć dość na lepszą rękę, a może i nowe oko. Wtedy faktycznie zbiorę się do kupy.

[wrzutki do wrzutni: “człowiek budzi się rano, niechętnie otwiera oko, a na stole w salonie jego ręka (od palców do łokcia) coś robi i wygląda na bardzo zaaferowaną”]

Advertisements

Dostawa

Ćwierkanie wykrywacza ruchu wyciągnęło mnie z wanny. Niestety, nie stać mnie ani na dermoreneval, ani na setup, który pozwoli mi nie wyłazić z wody. Życie na dorobku, do tego z permanentnie pękającą od suchości skórą: nie polecam nikomu.

Może to nic, może psy się zabłąkały – ale nie, niestety: zewnętrzne kamery pokazywały wolno toczącą się po dziurawej ulicy pancerną furgonetkę. Ugh.
Kapiąc wodą poczłapałem do szafy, odpiąłem kombinezon od zasilania. Naciągając na siebie kolejne warstwy obserwowałem monitory. Ta, do mnie. Zdecydowanie do mnie, dalej na tej ulicy niczego nie ma. Wczoraj scavsi, dzisiaj jakaś podejrzana pancerka, co za tydzień jakiś parchaty.

Chwilę potem, już opakowany i z automatem w ręku, obserwowałem nieruchomy wóz przez szczelinę strzelniczą. Po dłuższej chwili drzwi uchyliły się, z szoferki wysunęła się postać w lekkim pancerzu, rozejrzała się po okolicy – po czym podeszła do drzwi i nacisnęła dzwonek.

No dobra, zatkało mnie. To było albo bardzo bezczelne, albo –

Włączyłem zewnętrzny głośnik.

– Tak?
– Kurier!

No jaja sobie robi chyba.

Zahermetyzowałem kombinezon, poczekałem aż kontrolki zapalą się na zielono i polazłem do śluzy. Szybki rzut oka przez peryskop, potem otworzyłem.

– Panie, do cholery ciężkiej, ileż można czekać?
– No co ja poradzę, paczka nam utknęła, sejmik jaszczuroidów na A2…
– Kurna, co mnie to intere, płacę za przesyłkę kurierską to ma być na czas, to nie jest cement żeby se mógł na ciężarówce leżeć!
– Zejdzie pan ze mnie, co? Nie moja wina, może pan reklamację złożyć przez nasz kanał omninetowy, przyjmuje pan przesyłkę czy nie?
– Pewno że przyjmuję, dawaj ją pan.

Gość obrócił się do wozu, dotknął ręką hełmu – co za głupi gest, tak jakby faktycznie mógł sobie poprawić słuchawkę – tylne drzwi otworzyły się z trzaskiem, z jękiem otworzyła się rampa. Gąsienicowy serwok z solidną skrzynią w rękach wytoczył się na zewnątrz, ruszył w stronę domu, stanął.

– Gdzie to panu? Przez drzwi nie przejdzie.
– Chwila.

Wyszedłem na zewnątrz, pilotem otworzyłem drzwi od garażu.

– Tam, obok łazika.

Staliśmy potem dłuższą chwilę, dwie anonimowe postacie w envirosuitach, patrząc jak serwok mozolnie targa i ustawia kolejne skrzynie. Jego tępawy móżdżek nie radził sobie z routingiem, przestawiał te skrzynie, zastawiał sobie wyjazd, przestawiał je znowu. Westchnąłem ze zniecierpliwieniem. Sztuczna jej mać inteligencja. Ustawił w końcu, zapakował się do furgonetki, zamknął drzwi.

– Pan pokwituje – kurier podsunął mi tablet, przytknąłem stykówkę, ruszyłem do garażu.
– Dziękuję, HKT poleca się na przyszłość.

Obróciłem się do niego, zmierzyłem długim spojrzeniem.

– Nie rób se pan jaj.

Zmieszał się, mam nadzieję. Poważna wada nanoplagi: przez te wszystkie kombinezony i hełmy nie sposób się zorientować w mimice. No, to, i jeszcze wszystkie te mutacje i nagłe śmierci.

Garaż zamknąłem od środka, włączyłem ultrafioletowe lampy i wziąłem lancę myjki. Gdzie nie dotarło światło UV, wjechałem strumieniem lizolu. Po kilku minutach mogłem już zacząć wlec skrzynie do domu. Uchetałem się jak durny, fajnie byłoby mieć wspomaganie w kombinezonie, ale, cóż. Na dorobku.

Przeciągnąłem się z jękiem, kręgosłup zgrzytnął nieprzyjemnie. Przesyłka stała w stercie na środku największego pokoju. Niecierpliwie otworzyłem zamki, odwinąłem grubą plastikową płachtę, a wewnątrz –

Banany. Już nieco przejrzałe, już trochę z plamami – pieprzone HKT – ale banany. Pięć skrzynek pysznych bananów. Witajcie shake’i, witajcie ciasta, witajcie banany na śniadanie. A jeśli dobrze pójdzie, witajcie próbki i witaj, hydroponiczna uprawo.

Ściągnąłem hełm, obrałem banana i odgryzłem połowę jednym chapnięciem.

[wrzutki do wrzutni: “człowiek otwiera drzwi, za nimi kurier z pięcioma skrzynkami bananów, już lekko przejrzałych”]

Nazajutrz

Au. Au au. Ciemno i wszystko boli.

Co ja tu robię? Gdzie ja w ogóle jestem?

Macam wokół, coś miękkiego? Materiał? Zasłona? Spada na mnie, oplątuje, miotam się, trafiam w coś łokciem z hukiem, au, kolejna boląca rzecz —
Zdarta z głowy szmata to kurtka, a ja jestem w szafie. W wyjątkowo kretyńskiej pozycji.

Zbieram się do kupy, wypełzam do pokoju. Chcę się podnieść, natychmiast żałuję. Ból głowy wali jak młot, wszystko podchodzi mi do gardła, przełykam ślinę raz, drugi, mdłości mijają.

Wokół — pobojowisko. Rozrzucone ciuchy, chipsy wdeptane w wykładzinę, na stoliku przy łóżku była chyba piramida z butelek. Ich zawartość na ścianie, na podłodze, na narzucie. Pod którą ktoś chrapie.
Światło trochę razi, brnę w stronę drzwi. Aha, łazienka. Może być. Przypinam się wprost do kranu, zimna woda, dużo zimnej wody. Kątem oka widzę ułożonego w wannie osobnika — śpi nakryty dywanikiem. Nie znam człowieka.

Gdzie ja jestem?

Za kolejnymi drzwiami korytarz i schody. Schodząc, sprawdzam kieszenie. Jedna jest lepka, w tym telefon i klucze — z obrzydzeniem wycieram dłoń w spodnie i balustradę. W drugiej podłużny przedmiot z twardego plastiku. Obracam go w dłoni, próbuję dojść, co to jest.

Na parterze wśród przewróconych mebli, stratowanych kubków i innego poimprezowego detrytusu leży rozebrany do pasa koleś. Coś jest z nim nie tak, nie mam pojęcia, co dokładnie. Wstrzymuję oddech i powoli podchodzę. Niby wszystko jest OK, rozebrany, no to rozebrany, było najwyraźniej grubo, odsypia jak wszyscy —

Oczy.
Ma otwarte oczy.

Nerwowo przełykam ślinę, mdłości.
Przykucam, ostrożnie wyciągam rękę, spodziewając się chłodnej, sztywnej skóry —
Podrywa się jak na sprężynach, obraca chyba w locie i rzuca na mnie, przewraca — dociska do podłogi, ręce zaciskają mi się na gardle —

Trzask, zapach ozonu, gościa odrzuca na stół, który łamie się pod nim z łoskotem, co do chuja — nadal ściskam w ręku plastikowy przedmiot. Kciuk trafia na przycisk, wduszam, iskra przeskakuje pomiędzy ledwo widocznymi elektrodami. Trzask taki sam.

Gość podnosi się niezgrabnie, patrzy szeroko otwartymi oczyma podbiegniętymi krwią, rozpędza się — tym razem schodzę mu z drogi. Trafia twarzą w balustradę schodów, od chrzęstu wszystko podchodzi mi do gardła. Krew leje mu się z rozbitego nosa, znów startuje, znów unikam, ślizga się na kanapce, pada, ale teraz doskakuję do niego, zapieram kolanem, przyciskam mu gizmo do karku i trzymam guzik, póki gość nie zwiotczeje.

Rzygam pod schodami.

Jasny chuj, co to w ogóle było?
Impreza imprezą, ale to się kwalifikuje dla glin, wyciągam usyfiony telefon, blokada —
Nie pamiętam, jak zdjąć blokadę. Gapię się w kropki patternu i nie wiem, jak zdjąć blokadę. Właściwie to nie wiem nawet, czy to mój telefon. Sięgam, by przetrzeć twarz — napis na dłoni.

AMNEZJA? 
NIE DZWON NA PSY
555230901
“LETHE”

No zajebiście, to już wszystko wiem. Szkoda, że telefon nadal zablokowany, co za kretynizm.
Znajduję w pokoju jakąś porzuconą komórkę. Wygląda na lekko nadepniętą, ale nie ma blokady. Czujnie zerkam na pozostałych leżących, wybieram numer.

– Halo.
– Yyy. Lethe…?
– Kto… Mak, to ty? Co to za numer?
– Nie wiem, to nie mój aparat. I nie wiem, czy Mak.

Po drugiej stronie przeciągły gwizd.

– No pięknie cię porobiło. Jak sytuacja?
– Jak sytuacja? Co to kurwa za pytanie, budzę się w szafie, w lokalu noc żywych trupów, jakiś zjeb rzuca się na mnie z łapami, żeby nie szokstik, byłoby po mnie, a ten się mnie pyta jak sytuacja! Chuj ci na grób —

W słuchawce śmiech.

– I tobie też dzień dobry. Lethe czy nie Lethe, Mak nadal w formie. Zaraz się po ciebie zbierzemy, ilu tam ich masz? Przetrzymasz kwadrans?

Rozglądam się — nieprzyjemnie nieruchomych imprezowiczów widzę jeszcze trójkę, plus porażony.

– Nie sądzę, może tu zaraz być słabo.
– To weź się gdzieś skitraj, póki nie dotrzemy. Poczyścimy lokal i cię wygarniemy. Pamiętaj znaleźć słuchawę, mam nadzieję, że są nagrania. Kwadrans i jesteśmy.

Rozłącza się.

Wracam na górę, uważnie obchodząc leżących. Nagrania, Lethe — w cudzysłowie — notatki na ręku, zablokowana komórka. Będę się martwić później.
Zamykam za sobą drzwi szafy, wyciszam znaleziony telefon i czekam.

[wrzutki do wrzutni: “Człowiek płci dowolnej budzi się w szafie”]

Gorączka sobotniej nocy

Bas wali tak, że czuję go w trzewiach, zatyczki nic nie dają. Wokół przelewa się tłum, skaczące, wrzeszczące, obejmujące się hordy małolatów, ubrane głównie we fluorescencyjną farbę. Jest wieczór, jest koniec tygodnia – nie żeby to robiło dużą różnicę – jestem w pełnej po brzegi “Tanzhalle Eins” dopiero parę minut, a już mam serdecznie dosyć. Spoglądam kątem oka na Elkę, jest napięta jak struna, wygląda jak, no cóż, jak gospodyni domowa w technoklubie. Dobrze chociaż, że dała się namówić na w miarę pasujący do lokalu strój, choć w bikini i przezroczystym mylarowym płaszczyku i tak jest overdressed. Szturcham ją, wskazuję kierunek podbródkiem, ruszamy w stronę baru.

Uparła się, żeby pomóc. Mieszka u mnie kątem już trzeci miesiąc, najwyraźniej zaczęło jej to doskwierać. Nie wypominam jej, ponieważ helou, ale poczuła się w obowiązku. Wykręcałam się, bo jest przecież kompletnym newbem, ale przyszedł ten moment, kiedy skończyły mi się wymówki – no i oto jesteśmy. Zresztą, może i dobrze: będzie miała jakieś nowe wspomnienia, wyjdzie z domu, jakim by nie był, może się rozczmucha. Krzyczy w nocy, ma Roberta ciągle na żywo. Nie potrafię jej pomóc, nikt mnie tego nie uczył – a podziemna ekonomia miasta nie obfituje w psychoterapeutów.

Przy barze oczywiście tłum, lustruję wszystkich uważnie, ale nasza randka jeszcze nie dotarła. Barman zwraca na nas uwagę dopiero po dłuższej chwili: obraca kanciasty hełm w naszą stronę, pojawiamy się na holo nad jego głową, razem ze znakiem zapytania. Biorę “samochód-pułapkę”, Elka kręci głową. Szturcham ją znów, spogląda z niezrozumieniem. Rozmawiałyśmy o tym przecież, do czorta. Przypomina sobie najwyraźniej, bo bierze jednak gin z tonikiem. Spijamy niespiesznie, rozglądając się po okolicy. Rozmowa jest absolutnie niemożliwa. Nie odstręcza to jednak facetów – pojawia się jakiś, uśmiecha, krzyczy niesłyszalny podryw. “Najokrutniejszy miesiąc to kwiecień”, mówię, kręcąc głową. Żadna różnica, przecież nie słyszy. “Wywodzi z nieżywej ziemi łodygi bzu”. Odpowiada coś, unosząc przepraszająco ręce i znika w tłumie.

Jestem w połowie drinka, kiedy do baru docierają dwie dziewczyny z odpowiednimi wzorami na twarzach. Nie ma jak ich zaczepić, oczywiście, ale mamy na to umówiony sposób: łapię barmana i zamawiam u niego dwa jagermajstry, dla “lasek z faceartem”. Na wyświetlaczu barmana przewijają się twarze, kiwam głową, drinki ruszają w drogę. Śledzę barmana kątem oka: kiedy docierają, laski wdają się z typem w krótki dialog, a nad jego głową przez moment pojawiają się nasze twarze. Spotykam się z laskami wzrokiem, uśmiecham się nieśmiało, odpowiadają uśmiechem. Skinięciem wskazuję darkroom, uśmiechają się szeroko, ruszamy.

Darkroom jest oświetlony wyłącznie ultrafioletem. Obecnych widać tylko dzięki nie mijającej popularności farby dayglo. Padamy na pierwszą wolną poduchę, zmieniając się w kłębowisko kończyn. Szybko i sprawnie wzajemnie wypakowujemy się z ubrań, na ile widzę – i czuję – obie są naprawdę przyjemne dla oka, aż żal, że nie na polowanie tu przyszłam. Wszystko odbywa się błyskawicznie: dziewczyny malują nam swoje wzory na twarzach, podczas gdy my ubieramy je w nasze ciuchy i przyozdabiamy strategicznie rozmieszczonymi maźnięciami farby. Z darkroomu obydwie wychodzimy jako całkiem inne osoby.

Kontakt usunięty

Hello, dawnośmy się nie.

Nadal się nie. Niedouczony kontekstowy search wypluwa holofiszkę i ot, całe spotkanie. Nawet nie postać kątem oka w mallu – zbiorkomie – sieci: tylko fiszka.

Fotka – ksywka – adres – krypto. Schemat, pointer, link do wspomnień.

W sumie każdy ma prawo edytować się, jak zechce. Ostrożnie, precyzyjnie usuwać albo wklejać wspomnienia, wzorce zachowań, reakcje. Tweakować grepsy, drgnięcia ust, +10 do szydery, -10 do wrażliwości, “zmiany niekompatybilne z cechą [Niezdarność towarzyska], usunąć cechę? tak/nie”, tak, potwierdź, zapisz. Codziennie odsyłamy na śmietnik historii zeszłe wersje siebie, podkręcając selfeditem, trenując z egotrenerem. Albo żyjąc, tak staroświecko, bez kontroli wersji, zmieniając charakter wypadkową z siły woli i chaotycznych uderzeń zdarzeń losowych. Samorozwój ruchami Browna.

Czasami są zgrzyty, kiedy czyjaś wersja 2.0 – albo prędzej 4.5.01d.po_poprawkach.final.FINAL – zupełnie mi nie pasuje. No cóż, sucks to be me, każdy ma prawo, każdy się zmienia, patrz wyżej. Drugą stroną twojego prawa do edycji jest moje prawo do uznania tej wersji final.FINAL za nieciekawą. Stare jak świat jest to chyba. Tylko kiedyś działo się jakoś wolniej.

No i kiedyś nie było kopii zapasowych, odcisków gestaltu troskliwie trzymanych na offsajtach, żeby w razie czego odwinąć sobie te zmiany. Bo współczynnik towarzyski poleciał na pysk albo nuda się znów wkradła, albo cokolwiek. Albo może żeby nadpisać się taką kopią, na trochę, żeby poczuć te stare emocje – reakcje – cokolwiek tam poleciało w edycji. Potem można wrócić do nowszej wersji, “ależ to było słabe, kawał dobrej roboty, udałem się sobie”. No fajnie, gratulacje.

Zresztą, nie wiem. Wszystko jedno. Obca osoba już przecież.

[KONTAKT USUNIĘTY]

Time to go

A man wakes her up. “Time to go, love”, he says. Helps her dress, hands her a cigarette, already lit. They go out, he takes the bag that has been packed and waiting long ago. They silently walk up the stairs, to the roof, as do the others. Someone cries quietly, child’s sleepy voice asks something. They walk out to the roof, into pre-dawn cold and whine of the turbines. The helicopters are already waiting.

(on Brexit day)

Rodzina

Ojca nie znałam nigdy – zostawił nas, zanim się urodziłam. Mama miała wtedy siedemnaście lat, więc była właściwie dzieciakiem. Przygarnęła nas rodzina ojca, jego starszy brat z żoną. Nie znosili się z ojcem, z tego co zrozumiałam, i porzucenie dziewczyny w ciąży wyczerpało ich cierpliwość. Mam takie stare zdjęcie, na którym jesteśmy wszyscy. Wyglądamy trochę dziwnie: drobna blondynka – mama, wielki jak szafa, zarośnięty, jednooki typ – wujek Ditmir, kanciasta kobieta o wielkich, czerwonych dłoniach – ciocia Majlinda, i babcia Odeta – chudziutka, w chustce, ubrana na czarno. No i ja, zawiniątko na rękach mamy. Wszyscy ponurzy jak burzowe chmury, mama jakby przestraszona. Musiało jej być ciężko: wujostwo słabo mówiło po polsku, dogadanie się czego właściwie od niej chcą ci poważni ludzie było nieproste. To musiała być zabawna scena, jak o tym teraz myślę. No, z perspektywy zabawna. Na innym zdjęciu jesteśmy tylko z wujkiem Ditmirem, oboje po łokcie w smarze, bo akurat “naprawiamy traktor” – to znaczy, oczywiście, wujek naprawia, a ja kręcę mu się pod nogami, podaję narzędzia i – zapewne – pytam o wszystko piskliwym dziecięcym głosem. Wujek miał niewyczerpaną cierpliwość, z którą tłumaczył, wyjaśniał, pokazywał. Pamiętam, jak uczył mnie szyć ubranka dla lalek – on, ogromny facet, z igłą niknącą w jego pokancerowanych, zrogowaciałych dłoniach. Mama pracowała, zostawałam u wujków często – smak kaszy ze skwarkami zawsze kojarzy mi się z domem i z ciepłem. Przed posiłkiem wszyscy troje kłonili się nisko przed poczerniałym obrazkiem, wiszącym na ścianie – ni to szkaplerzem, ni to małą ikoną – i modlili się w języku, którego nie rozumiałam. Pamiętam, że kiedyś spróbowałam ich naśladować, dostałam za to po głowie od babci Odety. Przytulała mnie potem, zapłakaną, i tłumaczyła że “nie trzeba”, że nie wyszłam ze Starego Kraju, że lepiej nie, “bo po co ściągać na siebie spojrzenie”. Nie rozumiałam tego wtedy, a potem juz nie pytałam.
Nigdy nie byli dla mnie obcy. Zawsze byli moją rodziną, tak samo bliską jak mama. Bliższą, bo z wyboru.

Dlatego kiedy rajderzy odjechali, kiedy wykopałam się z przywalonej gruzem piwniczki, pomogłam babci Odecie pochować wujka Ditmira. Bez słowa złożyłyśmy go w płytkim grobie, twarzą ku ziemi. Nie było o czym mówić. Kiedy babcia wydobyła spod swojego łóżka długi, zawinięty w otłuszczone szmaty pakunek, nie byłam nawet zaskoczona. Patrząc w oczy, wręczyła mi antyczny karabin, powiesiła na szyi ikonę ze ściany. Nic nie powiedziała. Kiedy pocałowała mnie w czoło, podniosłam torbę z konserwami i poszłam, nie oglądając się. Śladem opon i stratowanego zboża.

(Megan popchnęła mnie do napisania)

Chodź na Pragie, weź tęgą lagie

Mieli przesrane.

Kryli się w budynku nieczynnej stacji benzynowej, dociśnięci sporadycznym ostrzałem Węży, chowających się za wrakami samochodów. Do gąszczu porzuconych ogródków działkowych mieli dwieście metrów kompletnie odkrytej przestrzeni.

Spojrzała na Kiryła, spotkali się wzrokiem.

– Ile?
– Półtora magazynka. Ty?
– Jeden, i dwa do klamki.
– Chujnia.

To miał być zupełnie zwyczajny wypad do dostawcy, obgadać szczegóły zamówienia, przestrzelać prototyp, pogadać. Nie była stąd, więc mimo że przechodziła przez ten kawałek dzielnicy tysiąc razy, umówiła się z przewodnikiem. Nie żeby to się na coś przydało – kiedy na ulicy pojawiły się Węże, Kirył był równie zaskoczony co ona. Jeszcze przedwczoraj rządzili tu Kuzyni Drakuli, z którymi miał układ. Najwyraźniej Prascu potrafi zaskoczyć także stałych mieszkańców.

Za jednym ze spalonych wraków coś się poruszyło. Ostrożnie wyglądając zza futryny, śledziła wzrokiem przemykające sylwetki: kiedy odważniak wyskoczył zza wraku, ruszając sprintem do następnej osłony, poprowadziła go moment i strzeliła. Padł z krzykiem. O ścianę wokół otworu po wybitych drzwiach zastukały kule, skuliła się, mierząc nadal w zawodzącego na betonie Węża. Może któryś z kolegów będzie go ratować.

Kompletny kanał. W końcu się skoordynują i zajdą ich z boku albo po prostu poczekają, aż skończą im się naboje, i wyjmą ich gołymi rękami.

– Osłaniaj mnie – syknął z boku Kirył.
– Co ty… – obróciła się i zaniemówiła na chwilę.

Kirył wyciągnął komórkę.

– Bądź pozdrowiona, Bogurodzico, imię twoje Bogiem sławione…

Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczyma.

Zwariował. Pękła mu żyłka od stresu i rozmawia przez telefon z Matką Boską. Na zewnątrz agresywni idioci, a w środku wariat. Co następne, meteoryt? Drugi najazd kosmitów?

Kirył spojrzał na nią i nie odrywając telefonu od ucha, gwałtownym gestem wskazał jej okno. Obróciła się – szli po nich. Przestawiła automat na ogień ciągły i nacisnęła spust.

Pomiędzy krótkimi seriami słyszała tylko urywki rozmowy Kiryła.

– …wiem, nie odwiedzam, rozumiem że rodzina statku jest ważniejsza…

Dwóch z prawej, obróciła się, jednego dosięgła, drugi się schował –

– …tak, czyszczę duszę, nie bardzo mam jak zrobić zdjęcie teraz…

– zza wraku wychyla się jeden z granatem? butelką? strzeliła, nie trafiła, ale upuścił, błysk, kula ognia i krzyk –

– …dziękuję, Bogurodzico. Apostoł Ludomił? Witaj, tak, brat Kirył…

– trzask iglicy, upuściła automat, wyciągnęła pistolet, strzał, kolejny Wąż na asfalcie –

– Kirył, ogarnij się, klamka mi została!
– Tak Ludomile, wiatru nie ma, nie u nas…

Zginie zaraz, do tego obok idioty.

Zauważyła ruch kątem oka, obróciła się akurat żeby zobaczyć jak Wąż, który miał ją na muszce, padł z głową praktycznie zniesioną przez wielkokalibrowy pocisk. Schowała się za ścianą, spojrzała na Kiryła, który właśnie ostrożnie wyglądał na zewnątrz.

– Co do…

Dotarł do niej daleki odgłos wystrzału.

– Potwierdzam, jeden – co? Tak, zrozumiałem. – Obrócił się do niej. – Przyciśnij ich, niech nie biegają po terenie, bo ich nie sięgnie.

Snajper.

Wbiła ostatni magazynek w pistolet i wychyliła się zza osłony. Węże znalazły się nagle między młotem a kowadłem: z jednej strony wraków widziała ich ona i Kirył, z drugiej – niewidoczny strzelec. Część postanowiła kryć się przed snajperem, część – przed nimi. Zginęli jedni i drudzy.

– Kirył, co to do kurwy nędzy było?!
– No, Węże…
– Doskonale wiesz, o czym mówię, nie szklij mi tu!

Westchnął ciężko.

– To mój zbór.
– Twoje co?
– Zbór, wspólnota. Kościół, no.
– Twój kościół ma pod telefonem snajpera z, niech się zastanowię, pięćdziesiątką?! Co to za kościół?
– Chłyści Izraela Ducha Portu Praskiego.
– Jaja sobie robisz ze mnie?

Wzruszył ramionami. Był śmiertelnie poważny.

– Ja jestem niespecjalnie praktykujący, ale wiesz, obie moje matki… Zbór chroni wiernych, ale wolę im o sobie nie przypominać. Ale, no – szerokim gestem objął okolicę, zrujnowaną stację benzynową, wraki, trupy, dopalający się koktajl Mołotowa.
– No tak. No tak. – Rozejrzała się. Przeszedł po niej dreszcz. – Ten snajper przyśni mi się w nocy. Splat i nie ma głowy, splat i dziura w korpusie. Jeeezu. Obróbmy tychtam i chodźmy, póki się trzymam jakoś.
– Dobra, tylko jest sprawa drobna – odchrząknał nerwowo. – Bym potrzebował się spotkać w sobotę, poszlibyśmy do zboru, na – no, na mszę, powiedzmy.
– Bo? – Spojrzała uważnie.
– Bo, no. Bo tak jakby powiedziałem, że jesteś moją żoną. Inaczej by nie ruszyli palcem. Nie martw się, wszystko ci powiem, co trzeba robić, tylko ten raz, nie musimy mieszkać razem ani nic…

Prascu. Rozumem nie trafisz.

Po użyciu wyrzucić

Do kawiarni wszedłem za pięć szósta, sam. W tym ciele, z multitoolem i ponad kilogramową bryłą smartmaterii udającą zwyczajny wielkokalibrowy rewolwer czułem się jak najgroźniejszy humanoid w mieście – zaraz po Kolekcjonerze. Usiadłem nad kawą i ciastkiem, zastanawiając się, którzy z klientów są jego ludźmi.

Po jakimś kwadransie dosiadł się do mnie wysoki chłopak, uchylił połę obszernej kurtki. Pod spodem miał kamizelkę obszytą kostkami HNIW. Co on z tymi bombami, pomyślałem, fetysz detonacji ma?

– Jedna głupia akcja i odpalam. Wystarczy na ciebie, obstawę i cały budynek.
– Spokojnie, miałem przyjść sam i jestem sam.

Ależ byłoby głupio, gdyby teraz napatoczył się ktoś znajomy.

– Zgrabnie mi ściągnąłeś figuranta. Jeszcze z dziesięć sekund, zwrakowałby ten glinowóz i się ulotnił. Popijałby teraz kawkę.
– Przypadek i trochę farta.
– Aha. Przypadkiem byłeś poza wozem dowodzenia, kiedy wystartował, przypadkiem miałeś elektrolaser, a odróżniłeś go od decoyów pewnie fartem? Z takim fartem to na loterii trzeba grać.

Milczałem. Nie rozumiałem, czemu tu siedzieliśmy. Tyle ryzykować dla zwykłego zaspokojenia ciekawości? Spojrzałem mu w oczy i zrozumiałem – Kolekcjoner nie ryzykował niczym. Przede mną siedział przerażony chłopak w smartgoglach, który o wielokilowym ładunku w kamizelce dowiedział się pewnie dopiero, kiedy Kolekcjoner podpowiedział mu kwestię.

– Dobrze, nie chcesz się bawić, nie będziemy się bawić. Powiem ci to wprost: autoryzacja oskar lima kilo dwa siedem hotel hotel zero dwa jeden pięć lima november. Komenda skasuj imprint.

Popatrzyłem na niego, zaskoczony.

– Cokolwiek to było, chyba nie działa.
– Najwyraźniej. Strasznie cię okroili, prawie mi cię żal. Nawet nie wiesz, co się z tobą stanie po wszystkim, co? Biedaku.

Obserwowałem chłopaka, kiedy drewnianym głosem powtarzał kwestie Kolekcjonera. Był mokry od potu.

– Oddaj się w ręce milicji, zdaj sprzęt i kanały przerzutowe. Będziesz miał uczciwy proces, dostaniesz kilka lat deprywacji albo kriostazę na dekadę czy dwie. Nikt nie musi zginąć.

Puste obietnice, ale musiałem zachować formy. Zresztą grałem też dla mikrokamery, którą miałem w klapie. Zapis miał pójść na serwery Komendy zaraz po wyjściu z kawiarni: nie planowałem wystawić się na odstrzelenie jednym donosem o spotkaniu z poszukiwanym przestępcą.

– Nawet nie zamierzam odpowiadać na serio. Oddać się w ręce milicji, niezła fraza. Uczą was takich na kursach negocjacji?

Zamilkł, ale poruszał nadal ustami, powtarzając to samo słowo. Pomocy. Pomocy.

– Czas nie czeka na nikogo – powiedział, wstając. – Do następnego.

Ruszył w stronę wyjścia, rzucając mi ostatnie błagalne spojrzenie przez ramię. Odprowadziłem go wzrokiem. Gdy był na środku lokalu, usłyszałem stuknięcie; niegłośne, jakby ktoś upuścił kubek na twardą podłogę. Padł jak ścięty, po chwili usłyszałem pierwszy krzyk. Wstałem, wyciągając kryptokartę.

– Milicja, wszyscy na zewnątrz, proszę natychmiast opuścić lokal. Natychmiast, wszyscy na zewnątrz.

Wyszedłem jako ostatni, zostawiając za sobą ciało z krwawą dziurą w głowie. Kolejny pionek, po użyciu wyrzucić. Był martwy od kiedy założył zaminowane smartgogle, a ja nie mogłem nic dla niego zrobić. Nie bez zaalarmowania Kolekcjonera – z oczywistymi konsekwencjami.

Wyciągnąłem telefon i zadzwoniłem po patrol saperski – kamizelka pełna HNIW faktycznie mogła usunąć budynek z mapy.

[poprzednia wersja gotowej sceny]

Ubój domowy

Wrony otwierały dzioby, ale zamiast krakania wydobywało się z nich idiotyczne, natarczywe buczenie. Patrzyłam na nie z niezrozumieniem przez moment, a potem otworzyłam oczy i buczenie wron zamieniło się w wibrację telefonu, który prawie spadał z szafki przy łóżku. Łapię go w ostatniej chwili, siadam w umownej ciemności mikromieszkania oświetlonego przez uliczne lampy, odbieram.

W słuchawce rozpaczliwy płacz Eli.

Kurwa mać.

– Elu, spokojnie. Spokojnie. Znowu?

Płacz.

– Oddychaj. Wdech, zatrzymaj, wypuść, powtórz. Wdech, zatrzymaj, wypuść.

Docieram do niej w końcu, roztrzęsiona zbiera słowa.

– Spokojnie. Znowu on?
– Tak – nie. Przyszedł pijany i – i znowu był –
– Już do ciebie jadę, gdzie jesteś?
– W domu, ale czekaj –
– U siebie? Jesteś bezpieczna? Gdzie on jest teraz?
– On – on… – rozsypuje się znowu. – Ja go…

Kurwa.

– Cicho. Ela, ani słowa więcej. Rozłącz się, jadę do ciebie. Nic nie rób. Nic!

Nie ma czasu na prysznic, ochlapuję twarz zimną wodą i ubieram się błyskawicznie. Dziś jestem sama, mały fart – nikogo nie muszę wyrzucać z domu, z niczego się tłumaczyć. Ściągam rower z wieszaka i bardzo cicho zamykam drzwi za sobą. Niezbędnik wzięłam, telefon zostaje. Jeśli się mylę, no to przejadę się opłotkami w środku nocy. A jak nie – im mniej zostawię śladów, tym lepiej.

Na zewnątrz zupełnie ciemno, drobny, wkurzający deszcz. Beznadziejna pogoda na rower, ale i dla dron, więc nie narzekam.

Najlepiej powinno być przez Wyspę Opatowicką; na ścieżkach przez śluzy są kamery, ale od kiedy zwinął się tamtejszy park rozrywki, miasto pałuje się z właścicielem terenu o geld na utrzymanie. Póki się wożą, kamery nie działają. Nad wyspą wisi wprawdzie na stałe orbita dron, ale nie w taką pogodę. Dotrę na Krzyki nie dość, że dyskretnie, to jeszcze nie opłacając się cerberom po drodze. Cisnę po mokrych ścieżkach, ledowe lampy odbijają się w kałużach.

Ścieżka na Jazie Opatowickim jest nieoświetlona, majaczą przemykające po niej postacie. Złażę z roweru, wprowadzam go na jaz. Idę ostrożnie, nie podnoszę głowy, nie patrzę na nikogo. Mijają mnie anonimowe postacie, bezkształtne w przeciwdeszczowych płaszczach. Nie chcę niczego o nich wiedzieć ani oni – o mnie. Przecinam wyspę, przechodzę ścieżką nad śluzą i jestem na Krzykach. Stąd mam z siedem kilometrów.

Zatrzymuję się niedaleko domku Eli i sprawdzam czas – czterdzieści minut od telefonu. Najchętniej wbiłabym do niej od razu, ale to byłby głupi błąd. Dlatego stoję w cieniu przy płocie działek i moknę, usiłując wypakować z niezbędnika noktowizor bez przemoczenia wszystkiego w środku. Rozglądam się po okolicy. Mżący zielenią obraz w goglach nie pokazuje nic nadzwyczajnego – żadnych dron, radiowozów czy choćby zainteresowanych sąsiadów. Zupełnie normalna druga w nocy w środku tygodnia. Objeżdżam rząd szeregowców i po paru chwilach stukam do balkonowych drzwi z tyłu domku. Kiedy w końcu mnie wpuszcza, nie muszę pytać: jej szeroko otwarte oczy mówią mi wszystko.

Sadzam ją na stołku w kuchni. Jest cała w sińcach, oko podchodzi opuchlizną. Owijam ją ściągniętą z kanapy narzutą i włączam czajnik.

– Gdzie?

Skinienie w stronę schodów.

– Zaraz wrócę. Posiedź tu, dobrze?

Patrzy nie całkiem przytomnym wzrokiem.

Na piętrze czuć kordytem i przerażeniem. Znajduję go w sypialni. Leży na boku, zaraz za wyłamanymi drzwiami, w wielkiej kałuży krwi. Strzeliła do niego cztery razy, z rozrzutem charakterystycznym dla kogoś trzymającego pistolet po raz pierwszy. Przyglądam się w świetle paluszkowej latarki; nie położyła go od razu, wygląda, jakby wykrwawił się tu powoli.

Wracam do kuchni, zalewam dwie herbaty i siadam obok. Wciskam jej kubek w drżące ręce.

– Dasz radę powiedzieć, co się stało?
– Przyszedł pijany. Chciałam mu – dałam mu jeść i chciałam zejść z oczu, wiesz, jaki on jest, jak wypije…

Był. Jaki on był.

– I co?
– Zjadł dwie łyżki i zaczął krzyczeć, że gówno, że co ja mu tutaj – a co ja mogę? Przepija wszystko, muszę z wafli, a wafle, to sama wiesz – oj, przepraszam…

Macham ręką. Nie ma za co przepraszać, nie wstydzę się życia na przydziałowym żarciu, w odróżnieniu od Elki i naszej matki. Unikam jak mogę, ale jak już się zdarzy, żadna historia.

– Walnął mnie raz, drugi, potem – pas – wiesz, sprzączka… Chciałam się – zasłaniałam – wkurzył się bardziej – ale jak zamknęłam się w sypialni, to dostał szału, walił w drzwi, rozwalił…

Milczy przez chwilę i podnosi na mnie nieopuchnięte oko.

– Tym razem by mnie zabił na pewno, tak teraz myślę.

[część większej, gotowej całości]