Time to go

A man wakes her up. “Time to go, love”, he says. Helps her dress, hands her a cigarette, already lit. They go out, he takes the bag that has been packed and waiting long ago. They silently walk up the stairs, to the roof, as do the others. Someone cries quietly, child’s sleepy voice asks something. They walk out to the roof, into pre-dawn cold and whine of the turbines. The helicopters are already waiting.

(on Brexit day)

Rodzina

Ojca nie znałam nigdy – zostawił nas, zanim się urodziłam. Mama miała wtedy siedemnaście lat, więc była właściwie dzieciakiem. Przygarnęła nas rodzina ojca, jego starszy brat z żoną. Nie znosili się z ojcem, z tego co zrozumiałam, i porzucenie dziewczyny w ciąży wyczerpało ich cierpliwość. Mam takie stare zdjęcie, na którym jesteśmy wszyscy. Wyglądamy trochę dziwnie: drobna blondynka – mama, wielki jak szafa, zarośnięty, jednooki typ – wujek Ditmir, kanciasta kobieta o wielkich, czerwonych dłoniach – ciocia Majlinda, i babcia Odeta – chudziutka, w chustce, ubrana na czarno. No i ja, zawiniątko na rękach mamy. Wszyscy ponurzy jak burzowe chmury, mama jakby przestraszona. Musiało jej być ciężko: wujostwo słabo mówiło po polsku, dogadanie się czego właściwie od niej chcą ci poważni ludzie było nieproste. To musiała być zabawna scena, jak o tym teraz myślę. No, z perspektywy zabawna. Na innym zdjęciu jesteśmy tylko z wujkiem Ditmirem, oboje po łokcie w smarze, bo akurat “naprawiamy traktor” – to znaczy, oczywiście, wujek naprawia, a ja kręcę mu się pod nogami, podaję narzędzia i – zapewne – pytam o wszystko piskliwym dziecięcym głosem. Wujek miał niewyczerpaną cierpliwość, z którą tłumaczył, wyjaśniał, pokazywał. Pamiętam, jak uczył mnie szyć ubranka dla lalek – on, ogromny facet, z igłą niknącą w jego pokancerowanych, zrogowaciałych dłoniach. Mama pracowała, zostawałam u wujków często – smak kaszy ze skwarkami zawsze kojarzy mi się z domem i z ciepłem. Przed posiłkiem wszyscy troje kłonili się nisko przed poczerniałym obrazkiem, wiszącym na ścianie – ni to szkaplerzem, ni to małą ikoną – i modlili się w języku, którego nie rozumiałam. Pamiętam, że kiedyś spróbowałam ich naśladować, dostałam za to po głowie od babci Odety. Przytulała mnie potem, zapłakaną, i tłumaczyła że “nie trzeba”, że nie wyszłam ze Starego Kraju, że lepiej nie, “bo po co ściągać na siebie spojrzenie”. Nie rozumiałam tego wtedy, a potem juz nie pytałam.
Nigdy nie byli dla mnie obcy. Zawsze byli moją rodziną, tak samo bliską jak mama. Bliższą, bo z wyboru.

Dlatego kiedy rajderzy odjechali, kiedy wykopałam się z przywalonej gruzem piwniczki, pomogłam babci Odecie pochować wujka Ditmira. Bez słowa złożyłyśmy go w płytkim grobie, twarzą ku ziemi. Nie było o czym mówić. Kiedy babcia wydobyła spod swojego łóżka długi, zawinięty w otłuszczone szmaty pakunek, nie byłam nawet zaskoczona. Patrząc w oczy, wręczyła mi antyczny karabin, powiesiła na szyi ikonę ze ściany. Nic nie powiedziała. Kiedy pocałowała mnie w czoło, podniosłam torbę z konserwami i poszłam, nie oglądając się. Śladem opon i stratowanego zboża.

(Megan popchnęła mnie do napisania)

Chodź na Pragie, weź tęgą lagie

Mieli przesrane.

Kryli się w budynku nieczynnej stacji benzynowej, dociśnięci sporadycznym ostrzałem Węży, chowających się za wrakami samochodów. Do gąszczu porzuconych ogródków działkowych mieli dwieście metrów kompletnie odkrytej przestrzeni.

Spojrzała na Kiryła, spotkali się wzrokiem.

– Ile?
– Półtora magazynka. Ty?
– Jeden, i dwa do klamki.
– Chujnia.

To miał być zupełnie zwyczajny wypad do dostawcy, obgadać szczegóły zamówienia, przestrzelać prototyp, pogadać. Nie była stąd, więc mimo że przechodziła przez ten kawałek dzielnicy tysiąc razy, umówiła się z przewodnikiem. Nie żeby to się na coś przydało – kiedy na ulicy pojawiły się Węże, Kirył był równie zaskoczony co ona. Jeszcze przedwczoraj rządzili tu Kuzyni Drakuli, z którymi miał układ. Najwyraźniej Prascu potrafi zaskoczyć także stałych mieszkańców.

Za jednym ze spalonych wraków coś się poruszyło. Ostrożnie wyglądając zza futryny, śledziła wzrokiem przemykające sylwetki: kiedy odważniak wyskoczył zza wraku, ruszając sprintem do następnej osłony, poprowadziła go moment i strzeliła. Padł z krzykiem. O ścianę wokół otworu po wybitych drzwiach zastukały kule, skuliła się, mierząc nadal w zawodzącego na betonie Węża. Może któryś z kolegów będzie go ratować.

Kompletny kanał. W końcu się skoordynują i zajdą ich z boku albo po prostu poczekają, aż skończą im się naboje, i wyjmą ich gołymi rękami.

– Osłaniaj mnie – syknął z boku Kirył.
– Co ty… – obróciła się i zaniemówiła na chwilę.

Kirył wyciągnął komórkę.

– Bądź pozdrowiona, Bogurodzico, imię twoje Bogiem sławione…

Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczyma.

Zwariował. Pękła mu żyłka od stresu i rozmawia przez telefon z Matką Boską. Na zewnątrz agresywni idioci, a w środku wariat. Co następne, meteoryt? Drugi najazd kosmitów?

Kirył spojrzał na nią i nie odrywając telefonu od ucha, gwałtownym gestem wskazał jej okno. Obróciła się – szli po nich. Przestawiła automat na ogień ciągły i nacisnęła spust.

Pomiędzy krótkimi seriami słyszała tylko urywki rozmowy Kiryła.

– …wiem, nie odwiedzam, rozumiem że rodzina statku jest ważniejsza…

Dwóch z prawej, obróciła się, jednego dosięgła, drugi się schował –

– …tak, czyszczę duszę, nie bardzo mam jak zrobić zdjęcie teraz…

– zza wraku wychyla się jeden z granatem? butelką? strzeliła, nie trafiła, ale upuścił, błysk, kula ognia i krzyk –

– …dziękuję, Bogurodzico. Apostoł Ludomił? Witaj, tak, brat Kirył…

– trzask iglicy, upuściła automat, wyciągnęła pistolet, strzał, kolejny Wąż na asfalcie –

– Kirył, ogarnij się, klamka mi została!
– Tak Ludomile, wiatru nie ma, nie u nas…

Zginie zaraz, do tego obok idioty.

Zauważyła ruch kątem oka, obróciła się akurat żeby zobaczyć jak Wąż, który miał ją na muszce, padł z głową praktycznie zniesioną przez wielkokalibrowy pocisk. Schowała się za ścianą, spojrzała na Kiryła, który właśnie ostrożnie wyglądał na zewnątrz.

– Co do…

Dotarł do niej daleki odgłos wystrzału.

– Potwierdzam, jeden – co? Tak, zrozumiałem. – Obrócił się do niej. – Przyciśnij ich, niech nie biegają po terenie, bo ich nie sięgnie.

Snajper.

Wbiła ostatni magazynek w pistolet i wychyliła się zza osłony. Węże znalazły się nagle między młotem a kowadłem: z jednej strony wraków widziała ich ona i Kirył, z drugiej – niewidoczny strzelec. Część postanowiła kryć się przed snajperem, część – przed nimi. Zginęli jedni i drudzy.

– Kirył, co to do kurwy nędzy było?!
– No, Węże…
– Doskonale wiesz, o czym mówię, nie szklij mi tu!

Westchnął ciężko.

– To mój zbór.
– Twoje co?
– Zbór, wspólnota. Kościół, no.
– Twój kościół ma pod telefonem snajpera z, niech się zastanowię, pięćdziesiątką?! Co to za kościół?
– Chłyści Izraela Ducha Portu Praskiego.
– Jaja sobie robisz ze mnie?

Wzruszył ramionami. Był śmiertelnie poważny.

– Ja jestem niespecjalnie praktykujący, ale wiesz, obie moje matki… Zbór chroni wiernych, ale wolę im o sobie nie przypominać. Ale, no – szerokim gestem objął okolicę, zrujnowaną stację benzynową, wraki, trupy, dopalający się koktajl Mołotowa.
– No tak. No tak. – Rozejrzała się. Przeszedł po niej dreszcz. – Ten snajper przyśni mi się w nocy. Splat i nie ma głowy, splat i dziura w korpusie. Jeeezu. Obróbmy tychtam i chodźmy, póki się trzymam jakoś.
– Dobra, tylko jest sprawa drobna – odchrząknał nerwowo. – Bym potrzebował się spotkać w sobotę, poszlibyśmy do zboru, na – no, na mszę, powiedzmy.
– Bo? – Spojrzała uważnie.
– Bo, no. Bo tak jakby powiedziałem, że jesteś moją żoną. Inaczej by nie ruszyli palcem. Nie martw się, wszystko ci powiem, co trzeba robić, tylko ten raz, nie musimy mieszkać razem ani nic…

Prascu. Rozumem nie trafisz.

Po użyciu wyrzucić

Do kawiarni wszedłem za pięć szósta, sam. W tym ciele, z multitoolem i ponad kilogramową bryłą smartmaterii udającą zwyczajny wielkokalibrowy rewolwer czułem się jak najgroźniejszy humanoid w mieście – zaraz po Kolekcjonerze. Usiadłem nad kawą i ciastkiem, zastanawiając się, którzy z klientów są jego ludźmi.

Po jakimś kwadransie dosiadł się do mnie wysoki chłopak, uchylił połę obszernej kurtki. Pod spodem miał kamizelkę obszytą kostkami HNIW. Co on z tymi bombami, pomyślałem, fetysz detonacji ma?

– Jedna głupia akcja i odpalam. Wystarczy na ciebie, obstawę i cały budynek.
– Spokojnie, miałem przyjść sam i jestem sam.

Ależ byłoby głupio, gdyby teraz napatoczył się ktoś znajomy.

– Zgrabnie mi ściągnąłeś figuranta. Jeszcze z dziesięć sekund, zwrakowałby ten glinowóz i się ulotnił. Popijałby teraz kawkę.
– Przypadek i trochę farta.
– Aha. Przypadkiem byłeś poza wozem dowodzenia, kiedy wystartował, przypadkiem miałeś elektrolaser, a odróżniłeś go od decoyów pewnie fartem? Z takim fartem to na loterii trzeba grać.

Milczałem. Nie rozumiałem, czemu tu siedzieliśmy. Tyle ryzykować dla zwykłego zaspokojenia ciekawości? Spojrzałem mu w oczy i zrozumiałem – Kolekcjoner nie ryzykował niczym. Przede mną siedział przerażony chłopak w smartgoglach, który o wielokilowym ładunku w kamizelce dowiedział się pewnie dopiero, kiedy Kolekcjoner podpowiedział mu kwestię.

– Dobrze, nie chcesz się bawić, nie będziemy się bawić. Powiem ci to wprost: autoryzacja oskar lima kilo dwa siedem hotel hotel zero dwa jeden pięć lima november. Komenda skasuj imprint.

Popatrzyłem na niego, zaskoczony.

– Cokolwiek to było, chyba nie działa.
– Najwyraźniej. Strasznie cię okroili, prawie mi cię żal. Nawet nie wiesz, co się z tobą stanie po wszystkim, co? Biedaku.

Obserwowałem chłopaka, kiedy drewnianym głosem powtarzał kwestie Kolekcjonera. Był mokry od potu.

– Oddaj się w ręce milicji, zdaj sprzęt i kanały przerzutowe. Będziesz miał uczciwy proces, dostaniesz kilka lat deprywacji albo kriostazę na dekadę czy dwie. Nikt nie musi zginąć.

Puste obietnice, ale musiałem zachować formy. Zresztą grałem też dla mikrokamery, którą miałem w klapie. Zapis miał pójść na serwery Komendy zaraz po wyjściu z kawiarni: nie planowałem wystawić się na odstrzelenie jednym donosem o spotkaniu z poszukiwanym przestępcą.

– Nawet nie zamierzam odpowiadać na serio. Oddać się w ręce milicji, niezła fraza. Uczą was takich na kursach negocjacji?

Zamilkł, ale poruszał nadal ustami, powtarzając to samo słowo. Pomocy. Pomocy.

– Czas nie czeka na nikogo – powiedział, wstając. – Do następnego.

Ruszył w stronę wyjścia, rzucając mi ostatnie błagalne spojrzenie przez ramię. Odprowadziłem go wzrokiem. Gdy był na środku lokalu, usłyszałem stuknięcie; niegłośne, jakby ktoś upuścił kubek na twardą podłogę. Padł jak ścięty, po chwili usłyszałem pierwszy krzyk. Wstałem, wyciągając kryptokartę.

– Milicja, wszyscy na zewnątrz, proszę natychmiast opuścić lokal. Natychmiast, wszyscy na zewnątrz.

Wyszedłem jako ostatni, zostawiając za sobą ciało z krwawą dziurą w głowie. Kolejny pionek, po użyciu wyrzucić. Był martwy od kiedy założył zaminowane smartgogle, a ja nie mogłem nic dla niego zrobić. Nie bez zaalarmowania Kolekcjonera – z oczywistymi konsekwencjami.

Wyciągnąłem telefon i zadzwoniłem po patrol saperski – kamizelka pełna HNIW faktycznie mogła usunąć budynek z mapy.

[poprzednia wersja gotowej sceny]

Ubój domowy

Wrony otwierały dzioby, ale zamiast krakania wydobywało się z nich idiotyczne, natarczywe buczenie. Patrzyłam na nie z niezrozumieniem przez moment, a potem otworzyłam oczy i buczenie wron zamieniło się w wibrację telefonu, który prawie spadał z szafki przy łóżku. Łapię go w ostatniej chwili, siadam w umownej ciemności mikromieszkania oświetlonego przez uliczne lampy, odbieram.

W słuchawce rozpaczliwy płacz Eli.

Kurwa mać.

– Elu, spokojnie. Spokojnie. Znowu?

Płacz.

– Oddychaj. Wdech, zatrzymaj, wypuść, powtórz. Wdech, zatrzymaj, wypuść.

Docieram do niej w końcu, roztrzęsiona zbiera słowa.

– Spokojnie. Znowu on?
– Tak – nie. Przyszedł pijany i – i znowu był –
– Już do ciebie jadę, gdzie jesteś?
– W domu, ale czekaj –
– U siebie? Jesteś bezpieczna? Gdzie on jest teraz?
– On – on… – rozsypuje się znowu. – Ja go…

Kurwa.

– Cicho. Ela, ani słowa więcej. Rozłącz się, jadę do ciebie. Nic nie rób. Nic!

Nie ma czasu na prysznic, ochlapuję twarz zimną wodą i ubieram się błyskawicznie. Dziś jestem sama, mały fart – nikogo nie muszę wyrzucać z domu, z niczego się tłumaczyć. Ściągam rower z wieszaka i bardzo cicho zamykam drzwi za sobą. Niezbędnik wzięłam, telefon zostaje. Jeśli się mylę, no to przejadę się opłotkami w środku nocy. A jak nie – im mniej zostawię śladów, tym lepiej.

Na zewnątrz zupełnie ciemno, drobny, wkurzający deszcz. Beznadziejna pogoda na rower, ale i dla dron, więc nie narzekam.

Najlepiej powinno być przez Wyspę Opatowicką; na ścieżkach przez śluzy są kamery, ale od kiedy zwinął się tamtejszy park rozrywki, miasto pałuje się z właścicielem terenu o geld na utrzymanie. Póki się wożą, kamery nie działają. Nad wyspą wisi wprawdzie na stałe orbita dron, ale nie w taką pogodę. Dotrę na Krzyki nie dość, że dyskretnie, to jeszcze nie opłacając się cerberom po drodze. Cisnę po mokrych ścieżkach, ledowe lampy odbijają się w kałużach.

Ścieżka na Jazie Opatowickim jest nieoświetlona, majaczą przemykające po niej postacie. Złażę z roweru, wprowadzam go na jaz. Idę ostrożnie, nie podnoszę głowy, nie patrzę na nikogo. Mijają mnie anonimowe postacie, bezkształtne w przeciwdeszczowych płaszczach. Nie chcę niczego o nich wiedzieć ani oni – o mnie. Przecinam wyspę, przechodzę ścieżką nad śluzą i jestem na Krzykach. Stąd mam z siedem kilometrów.

Zatrzymuję się niedaleko domku Eli i sprawdzam czas – czterdzieści minut od telefonu. Najchętniej wbiłabym do niej od razu, ale to byłby głupi błąd. Dlatego stoję w cieniu przy płocie działek i moknę, usiłując wypakować z niezbędnika noktowizor bez przemoczenia wszystkiego w środku. Rozglądam się po okolicy. Mżący zielenią obraz w goglach nie pokazuje nic nadzwyczajnego – żadnych dron, radiowozów czy choćby zainteresowanych sąsiadów. Zupełnie normalna druga w nocy w środku tygodnia. Objeżdżam rząd szeregowców i po paru chwilach stukam do balkonowych drzwi z tyłu domku. Kiedy w końcu mnie wpuszcza, nie muszę pytać: jej szeroko otwarte oczy mówią mi wszystko.

Sadzam ją na stołku w kuchni. Jest cała w sińcach, oko podchodzi opuchlizną. Owijam ją ściągniętą z kanapy narzutą i włączam czajnik.

– Gdzie?

Skinienie w stronę schodów.

– Zaraz wrócę. Posiedź tu, dobrze?

Patrzy nie całkiem przytomnym wzrokiem.

Na piętrze czuć kordytem i przerażeniem. Znajduję go w sypialni. Leży na boku, zaraz za wyłamanymi drzwiami, w wielkiej kałuży krwi. Strzeliła do niego cztery razy, z rozrzutem charakterystycznym dla kogoś trzymającego pistolet po raz pierwszy. Przyglądam się w świetle paluszkowej latarki; nie położyła go od razu, wygląda, jakby wykrwawił się tu powoli.

Wracam do kuchni, zalewam dwie herbaty i siadam obok. Wciskam jej kubek w drżące ręce.

– Dasz radę powiedzieć, co się stało?
– Przyszedł pijany. Chciałam mu – dałam mu jeść i chciałam zejść z oczu, wiesz, jaki on jest, jak wypije…

Był. Jaki on był.

– I co?
– Zjadł dwie łyżki i zaczął krzyczeć, że gówno, że co ja mu tutaj – a co ja mogę? Przepija wszystko, muszę z wafli, a wafle, to sama wiesz – oj, przepraszam…

Macham ręką. Nie ma za co przepraszać, nie wstydzę się życia na przydziałowym żarciu, w odróżnieniu od Elki i naszej matki. Unikam jak mogę, ale jak już się zdarzy, żadna historia.

– Walnął mnie raz, drugi, potem – pas – wiesz, sprzączka… Chciałam się – zasłaniałam – wkurzył się bardziej – ale jak zamknęłam się w sypialni, to dostał szału, walił w drzwi, rozwalił…

Milczy przez chwilę i podnosi na mnie nieopuchnięte oko.

– Tym razem by mnie zabił na pewno, tak teraz myślę.

[część większej, gotowej całości]

Wejście dynamiczne

W furgonetce dowodzenia było ciasno i śmierdziało potem. Obserwowałem akcję zza pleców oficerów, tłoczących się przed ekranami, na które technik rzucił strumienie z osobistych kamer milicjantów. Oczywiście nie szło się w niczym rozeznać. Trzydzieści ekraników wielkości dłoni, na każdym podrygujący obraz, z głośników dyszenie i przekleństwa szeptem, na trzydzieści głosów. Oddział Specjalny, elitarna jednostka milicji, wychodzi na pozycję przed ujęciem niebezpiecznego przestępcy. Najlepszy sprzęt, wsparcie bezpilotowców, zabezpieczenie informatyczne, smartkarabiny, programowalne pancerze, noże, zaostrzone kije; totalne badassy w akcji. Naprawdę w to wierzyli, niestety. Nikt nie zwracał na mnie uwagi, zresztą od samego początku. Zajęło im kwadrans i telefon – telefon – do Komendy Głównej, zanim w ogóle wpuścili mnie za kordon. Jasne, kryptoznaczone karty konsultantów rosną na drzewach. A żeby zdemaskować ZŁOWROGIEGO INFILTRATORA, który da radę taką podrobić, wystarczy telefon do centrali.

No ale dobra, zadzwonili, potwierdzili, głos pana kazał im wpuścić, zasięgać porady, słuchać opinii, konsultować. Konsultowali? Aha, pewnie. Jakby mogli, nie wpuściliby mnie nawet do ich świętego wozu dowodzenia, ale akurat padało. Zostawić konsultanta z KG, żeby mókł – zły pomysł. Może się poskarżyć i będzie smród. No, myślą w taki sposób, owszem. Musiałem się tego szybko nauczyć. Dzięki temu wiem, że jakby się któryś z nich wykazał minimalną przezornością, to by mnie wzięli pod skrzydła, słuchali uwag, mądrze kiwali głowami, zastosowali się do paru – a jakby był fuckup, mieliby na kogo zwalić winę. Ale nie, nie ma mowy, elitarna jednostka nie potrzebuje mądrali z Komendy, niejednego niebezpiecznego przestępcę z prohibitami już zawijali, no i przede wszystkim Oddział Specjalny nie robi fuckupów.

Więc stałem za nimi, milczałem, nawet niespecjalnie zaglądałem im przez ramiona, o doradzaniu nie wspominając. Spece rozstawili się w końcu, w głośnikach zatrzeszczały potwierdzenia: snajperzy gotowi, zespół alfa jeden gotowy, zespół alfa dwa gotowy, krio gotowe. Alfa jeden, alfa dwa, nie żartuję. Dowódca akcji odebrał potwierdzenia, spojrzał po reszcie, skinął głową. Zaczynajcie, powiedział. Zaczęli. Od odcięcia prądu i zagłuszania cywilnej łączności, chwilę potem odstrzelili drzwi, wpadli do środka i cały misterny plan, jak to mówią, poszedł w pizdu. Huknęło tak, że usłyszeliśmy to na własne uszy, a łączność zatkała się krzykami, nieskładnymi raportami i trzaskiem wystrzałów. Dowódca akcji wrzeszczał w mikrofon, usiłując zapanować nad chaosem, jego przydupasy wydawały w tym czasie sprzeczne polecenia technikom łączności. Zespół alfa jeden nadział się na kierunkową minę zaraz za frontowymi drzwiami, alfa dwa ostrzeliwał się z kimś na tyłach budynku. Błyskawiczny szturm utknął, strat nie mieli tylko snajperzy, bezskutecznie wypatrujący jakiegokolwiek celu.

Co ja bym zrobił w takiej sytuacji?

Związałbym szturm na perymetrze jakąś automatyką i się wynosił, oczywiste. Drukarkę ustawiłbym na produkowanie czegoś zjadliwego, awaryjne zasilanie na samozniszczenie. Kanałów tu nie ma, budynek jest otoczony, więc wiać tylko górą. Wydrukowałbym sobie pojazd, żeby spieprzyć szybko i skutecznie, ale o ile wiem nie miał na to czasu, nie na łatwej do przerzucenia drukarce. Bez pojazdu, tylko z osobistymi dopaleniami, musiałbym liczyć na zamieszanie, nie na prędkość. Jeśli odstrzelić dowodzenie akcji, zamieszanie zrobi się znakomite. A że cywilną łączność położyli, wóz dowodzenia jest najmocniejszym nadajnikiem w okolicy.

Konsultantowi służbowa broń nie przysługuje. Rozejrzałem się po wnętrzu – szafki z bronią nie było. Miałem problem. Wysiadłem, ruszyłem szybkim krokiem – nie biegiem – do najbliższej pancerki speców. Czasu było coraz mniej, więc zerwałem kłódkę na skrytce ze sprzętem, wyciągnąłem pękaty elektrolaser, szarpnięciem ustawiłem go na pełną moc. Na zewnątrz noc rozpaliła się oślepiającym blaskiem flar. Wystrzelił pozorację, snajperzy właśnie oślepli. Wyskoczyłem z pancerki, gogle usiłowały nadążyć za pseudolosowym pulsowaniem oślepiaczy, zaciemniłem je całkowicie, przełączając na lidar. Syntetyczny obraz był zaszumiony, jego pozoracja zakłócała też laserunek standardowych policyjnych gogli. W powietrzu było sześć celów, chaotycznie miotanych algorytmami randomizacji trajektorii. Któryś z nich to on, a ja nie miałem ani czasu ani prądu żeby usmażyć wszystkie. Gdybym chciał rozwalić glinowóz HARMem-samoróbką, gdzie bym był?

Tam.

Trafiłem drugim strzałem.

Randomizacja wektora i wspomaganie sterowania nadal działały, więc nie spadł jak kamień – ale leciał w dół. Ruszyłem biegiem i byłem przy nim chwilę po uderzeniu w ziemię. Słabo go było widać, opakował się w jakąś metapelerynę – wiedziałem gdzie jest głównie przez pył wodny, unoszony uderzeniami ciągu vernierów. Przyklęknąłem przy nim, zacząłem szukać po omacku sterowania ciągu, i wtedy –

– Rzuć broń! Ręce do góry!

Głos za plecami był młody i bardzo przestraszony. Podniosłem powoli ręce.

– Jestem konsultantem z Komendy, mam tu identyfikator, sięgnę teraz po niego, dobrze?
– Nie ruszaj się!
– Spokojnie, nie ruszam się.

Kątem oka zobaczyłem zmokniętego policjanta, obchodzącego mnie ostrożnie, z pistoletem w kurczowo zaciśniętych rękach. Patrzyłem przed siebie, nie chcąc wystraszyć go jeszcze bardziej. Nic to nie dało, bo w końcu stanął przede mną i zobaczyłem wszystko w zwolnionym tempie – jak zauważa czerwony trójkąt na moim policzku, jak rozszerzają mu się oczy, jak zaciska palec na spuście. Wydaje mi się, że prawie zauważyłem pocisk. Da się spudłować z takiej odległości, prawie mu się udało, ale trafił mnie jednak. Szarpnęło, uderzenie wybiło mi powietrze z płuc, złożyłem się i ległem nieruchomo. Jeszcze mi tego brakowało, żeby poprawił. Patrzyłem na kałużę tuż przed oczyma i słuchałem, jak do młodego dołącza ktoś bardziej doświadczony.

– Coś ty kurwa narobił?
– Sztuczniaka złożyłem, poprawiać mam? Nie rusza się, to chyba nie, co?
– Kurwa mać, debilu jeden, co on ma na sobie? Przyjrzyj się, kurwa, i powiedz na głos!

Moment milczenia, a potem –

– Kamizelkę ma.
– A co ma napisane na kamizelce? Przeczytasz czy mam ci przeliterować?
– No tak, ale to sztuczniak!
– Kurwa twoja butlowana mać, co ma napisane! Na głos!
– No “milicja” ma napisane, ale..
– No to, do chuja pana, jak ma napisane że milicja, to znaczy że najpierw z nim rozmawiasz, a napierdalasz potem, bo faktycznie może być nasz, ty debilu!

To by było nawet śmieszne dość, gdyby żebra tak mnie nie bolały. Postrzał to nie żarty, serio.

Przepowiednie

Nie wierzą. Nie wierzą. Są bezpieczni za murem, za drutem, za wieżami, reflektorami, gniazdami karabinów maszynowych. Mają wodę, mają jedzenie, benzynę i naboje. Są bezpieczni. Nie wierzą.

Siedzi w barze, powolnymi ruchami je gęstą zupę. Ciepło wypełnia żołądek. Wokół półnagie dziewczyny rozdają jedzenie, alkohol, uśmiechy i aluzje. Zmęczeni, głodni mężczyźni chłoną je jak gąbki. Postawny facet w ciężkich butach, z czerwoną chustką na szyi zajada ze smakiem hamburgera. Postawny facet w ciężkich butach, z czerwoną chustką na szyi strzela z automatycznego pistoletu, kryjąc się za framugą, a następna kula będzie ostatnia. Jedno z dwóch. Oba. Widzi oba. Rozgląda się. Wysoka brunetka idzie z tacą pełnych szklanek i krzyczy, wciągana do umazanego krwią i popiołem samochodu. Rozgląda się. Widzi wszystkich podwójnie. Widzi bar podwójnie, pełen głosów i muzyki, i pełen ognia. Wstaje i mówi im to, mówi im jak umierają, a oni wyrzucają go na zewnątrz, wylewają jego kubek zupy, biją. Nie wstaje, siedzi cicho. Dokańcza zupę, wychodzi.

Patrzy, jak Hallie drżącymi dłońmi pakuje mały plecak. Wrzuca do środka filtry do maski, apteczkę, suszone mięso. Pudełko z nabojami rozpada się, lądując w środku, kule rozsypują się. Jedna wypada z plecaka, toczy się po podłodze. Podnosi ją, starannie wkłada do kieszeni, słysząc w głowie suchy trzask rewolweru, w którym zabrakło jednego naboju. Omija Hallie, podchodzi do szafki w kącie, wyciąga z niej rozbitą krótkofalówkę, przesuwa palcami po krótkiej, czarnej antenie, chowa ją do swojej torby, do kieszeni w której jest już maść antyseptyczna i wiertarka. Dziewczyna zamyka plecak, dopina kaburę, skinieniem potwierdza, że jest gotowa. Łzy płyną po jej twarzy. Wychodzą w noc.

Pokazują go sobie palcami, kiedy wchodzi do miasta, w znoszonym płaszczu, zdartych butach, wariat z pustyni, dotknięty Wirem, niegroźny, do zignorowania. Ktoś rzuca mu plastikowy żeton, gdy siedzi zmęczony pod ścianą. Ktoś kopie jego plecak, rzeczy wysypują się w pył ulicy, potem kopie jego, wyrywa mu z głowy Antenę, oślepiający ból – więc zbiera swoje rzeczy, wstaje, przenosi się, zanim to się zdarzy. Zdarzyło się już? Właśnie się dzieje? Maca się po głowie, Antena jest, dobrze. Albo była. Albo będzie znów.

Stoi w czystym pokoju, wykręcone ręce bolą. Patrzy na poważnego człowieka o twardym spojrzeniu. Mówi o Prezydencie Młocie. Mówi o jego przepowiedniach. O jego ludziach, o jego motocyklach, o jego groteskach na łańcuchach. Mówi o zagładzie. Mówi wszystko co wie. Mówi o Antenie Krzyku w jego głowie i w swojej. Mówi o prawdzie Wiru. Człowiek o twardych oczach spogląda na niego z pogardą, odprawia go skinieniem, prowadzą go do piwnicy i strzelają w tył głowy. Kiepsko strzelają, wykrwawia się i umiera. Nie mówi o Antenie, mówi że widział hordę Młota – oczyma, mówi o ostatnim ocalałym. Prowadzą go do piwnicy i długo biją, powtarza wszystko. Wyrzucają go na ulicę. Idzie z trudem, wszystko boli. Brunetka przed barem odwraca się z obrzydzeniem i strachem.

Stoi w mroku, na skale nad miastem. Widzi samochody Młota krążące wokół murów, marnujące bezsensownie benzynę, wymieniające strzały z blokhauzami, widzi reflektory, próbujące uchwycić skaczące na wybojach wozy. Wie, że poniżej świateł, poniżej smug pocisków, pełzną Oddani, wlokąc sakwy trotylu. Wie, kiedy wrzucają je w szczeliny strzelnicze, widzi wybuchy, widzi dziury w murach. Słyszy triumfalny ryk silników, gdy wozy ruszają do wyrw na pełnym gazie.

Budzi go ryk Wiru, spływający po krótkim sztyfcie Anteny wprost do mózgu. Nie może się poruszyć, sparaliżowany bólem. Wieczność później dźwięk odpływa, cichnie, pozostaje tylko sugestią, dalekim wyciem silników, przebijającym się przez nocne odgłosy miasta. Próbował. Nie wierzą. Już czas. Wstaje, zatacza się. Rusza w stronę bramy. Zatrzymuje się, spogląda w stronę baru. Staje w drzwiach, rozgląda się, nie wiedząc czego szuka. Widzi Hallie, która będzie patrzeć z nim na umierające miasto. Albo patrzyła. Albo właśnie patrzy.

Mówi spokojnym głosem przez poobijany megafon. Mówi co się stanie. Mówi o Prezydencie Młocie, o jego fanatycznej hordzie, o ogniu, o krwi. O górze czaszek na środku placu, tu gdzie stoi. Nie wierzą. Plują. Rzucają kamieniami. Zawsze rzucają. Nie ma takich słów, od których by nie rzucali. Nie tu. Nie oni. Nie teraz. Ale musi mówić. Antena Krzyku każe. Musi mówić. Mówi.

Siedzi przed barem, w pyle, słońce razi nawet przez zamknięte oczy. Wir wyje w jego głowie. Wysoka brunetka pali papierosa i podrzuca żeton. Orły. Głowy. Głowy. Głowy. Orły. Orły. Głowy. Orły. Patrzy na niego zaskoczona. Mówił na głos. Otwiera oczy, spotykają się spojrzeniami. Podrzuca jeszcze raz. Głowy. Skąd wie? Widzi. Antena. Obrazy. Ona spogląda z obawą i jednocześnie płacze, patrząc ze skał na płonące miasto. Inaczej. Inaczej. Jest inaczej. Stoi obok. Miasto umiera, a ona stoi obok. Jest inaczej. Hallie. Ma na imię Hallie. Wie to. Powiedziała mu, kiedy mu uwierzyła. Patrzy na jej wyciągniętą rękę.

– Jestem Hallie.

Death Race 2045

– Prawo piętnaście, sto trzydzieści, potem długa prosta!

Kierowca odbił w lewo, zdjął nogę z gazu, wóz wszedł w łuk, wyjąc oponami. W szczycie łuku docisnął pedał do oporu, przepustnice dwóch gaźników otwarły się na oścież, z rykiem antycznego V8 ford skoczył do przodu. Kierowca rzucił okiem w lusterko.

– Jeszcze ich nie ma, status?
– Olej dwa, mina jedna, kolce puste, na dronę –
– Za szybko. Sięgniesz ich stąd?
– Zobaczymy, jak wyjdą z zakrętu.

Skupił się na nawierzchni przed nimi – przy tej prędkości jedna wyrwa i będzie po nich. Pilot wbijał wzrok w ekran pancernego portabla.

– Są, mam sygnał, macają nam honeypota –
– Rób, nie gadaj.

W lusterku zapłonęły ksenony drugiego samochodu, fotochromy momentalnie ściemniały. Kierowca odchylił boczne lusterka, nie chciał ryzykować laserowego oślepiacza prosto w oczy. Przez ryk silnika przebiło się kilka stuknięć.

– Kaem, patrzcie ich. Jak tam?
– Myślą że siedzą w naszym wspomaganiu, nuby, a to ja wlazłem do nich. Patrz teraz.

Pilot triumfalnie nacisnął klawisz – i samochód za nimi zarzucił, a potem przekoziołkował.

– Welcome to the jungle, baby! Blokada lewych hamulców przy dwustu i żegnam panów! Kocham drive-by-wire!
– Pięknie, oklaski, co jest przed nami?
– Pięć do wybuchowiska w Parzęczewie, potem czterdzieści do mety. Proponuję na pełnej kurwie przez wybuchowisko albo na przełaj dookoła miasteczka.
– Na przełaj odpada, mamy złe kapcie, a niedawno lało, utkniemy w polu. Musimy przez wybuchowisko. Zwiad?
– Zwolnij, podniosę biedronkę.

Kierowca zredukował bieg. Przez klapę w dachu wyskoczył mały bezpilotowiec, zakołysał się i odleciał w stronę miasteczka, wyprzedzając samochód.

– Dobra, jestem nad miastem – odezwał sie Pilot. – Wygląda dobrze, dobrze, ups, nie. Wybuchowisko pozmieniane.
– Świeże?
– No idea, z góry chuj widać.
– IR?
– Ciemno. Nikogo albo stoją we mrozie.
– Chuj, nie mamy czasu czekać, aż im sie mróz skończy. Jedziemy na durch, daj podgląd na huda.

Na przedniej szybie pojawił się zielono mżący obraz z unoszącej się nad miasteczkiem drony.

– Kto przed nami?
– Ruska i Płachtę widzieliśmy przed Dużym Lasem, ci w zielonym bmw wylecieli na Patelni, Dużego Michała spłaszczyliśmy w Małym Lesie, ten płonący wrak to był chyba Misiek, Rudej i Widelcowi zwialiśmy, pastuchy w audi były przed chwilą…
– Zostaje Mały Michał – i Otto.

Zamilkli.

– Kuurwa. Jak Otto zaczaił się na wybuchowisku…
– Oddychaj. Zejdź niżej kopterem, obczaj ulice, powkurwiaj. Mały Michał ma świeżego pilota, może puszczą mu nerwy. Jak nie, to może kolce wypatrzymy.
– Dobra, działam.

Obraz na hudzie wariował zgodnie z manewrami drony. Jechali przed siebie, w kabinie było słychać tylko silnik.

– Nic, zostało trzydzieści procent prądu i nadal latam.
– Wracaj, nic już nie wymodzimy, Parzęczew wita.
– Jak jedziemy, gruzem czy czystym?
– Po minach czy w zasadzkę? Chuj, jedźmy czystym. Finta w fincie.

Wsunęli się między opuszczone budynki. Wóz sunął naprzód, Pilot i Kierowca rozglądali się uważnie. Spięci, starali się zachować zimną krew. Wyjechali na najszerszą ulicę miasteczka.

– Wybuchowisko, uważaj teraz.
– Cicho.

Jechali wolno, z nerwami napiętymi jak postronki, wypatrując podejrzanych pudełek, błysku optyki w oknie, promienia laserowego celownika. Pod kołami od czasu do czasu zgrzytnął żwir albo zachrupotał zabłąkany śmieć, ale jezdnia była czysta. Ulica rozszerzała się przed nimi – zbliżali się do rynku. Kierowca wcisnął gaz, wóz przyspieszył z piskiem opon.

– Co…?
– Nie lubię być przewidywalny.

Wyskoczyli na plac z rykiem silnika i dlatego pierwsza rakieta ich minęła. Pilot wrzasnął zaskoczony, przebiegł palcami po klawiaturze, odpalił ogłupiacze. Gnali przez rynek, zostawiając za sobą kotłującą się chmurę pasków folii i oślepiające magnezowe flary. Z bocznej ulicy wystrzeliła smuga kolejnej rakiety, a zaraz za nią czarny mercedes W124.

– Kurwa, Otto?
– Nie, dzieciątko Jezus, trzymaj się!

Weszli w zakręt poślizgiem, chowając się w ostatniej chwili – rakieta rozerwała się na pordzewiałych resztkach lancera zawieszonych na szykanie. Mercedes był zaraz za nimi.

– Trzymaj flary, w zakrętach nie będzie strzelał.

Gnali przez wybuchowisko, z piskiem opon omijając wraki poprzedników, słupy i betonowe bariery przed urzędem gminy. Wyskoczyli na prostą wychodzącą z miasta – Pilot i Otto odpalili w tym samym momencie, ale flary nie zdążyły się oddalić i rakiety detonowały tuż przy wozie. Fordem zarzuciło, otarł się burtą o wrak gimbusa, ale jechali dalej.

– Status!
– Jestem cały, olej poszedł, kolców nie ma, wyrzutnik min się zaciął.
– Dobrze, kurwa, załatwimy to oldskulowo – warknął kierowca. – Bierz granatnik.

Stalker

Dzisiaj włożyła workowate spodnie, trampki i tshirt. Piątek, casual friday. Na tshircie hasło “Normal is Boring”; mikrobunt trybika w korporacji, udowadniającego sobie, że jeszcze nie dał się złamać i przemielić. Nie zjadła śniadania, jak zwykle, wypiła tylko kawę. Uzbroiła alarm, wyszła do metra. Ruszyłem za nią, nieprzesadnie blisko. Nie wgapiałem się, nawet nie zatrzymywałem na niej wzroku, trzymałem ją tylko w polu widzenia. Wtopiłem się w tło, wyglądając nieszkodliwie – zwykły gość w drodze do pracy, wzrost przeciętny, znaków szczególnych brak.

Zatłoczony skład metra przeciskał się pod miastem, powietrze lepkie od wyziewów ludzi, którzy używają dezodorantu zamiast mydła. Wagon nas w końcu wyrzygał, wyjechaliśmy nad powierzchnię, ona jednymi schodami, ja drugimi. Wyglądała, jakby chciała wrócić do domu i wejść pod prysznic, normalne po przejeździe metrem w lipcu. Ruszyła do biurowca. Nie miałem wstępu za bramki, więc poszedłem do kawiarni naprzeciwko. Wziąłem kawę i ciastko, usiadłem z tabletem, ot, przedstawiciel klasy próżniaczej lansuje się po taniości w trendnej sieciówce. Na tablecie zamiast pseudopowieści pisarza młodego pokolenia miałem obraz ze skrakowanych kamer CCTV. Patrzyłem, jak idzie przez openspejs zaaranżowany wedle zeszłowiecznych standardów “biura dla dynamicznej, kreatywnej elity”, mija wygłuszone kubikle do “pracy w skupieniu”, wielkie donice z sukulentami i motywacyjne hasła na ścianach.

Nie wiedziałem, nad czym pracuje. Wchodzenie na jej stację roboczą było stanowczo zbyt ryzykowne. Zresztą wiele by mi to nie dało, szczegóły nie na moją głowę. Jest architektem systemowym, po uszy w dewelopmencie semiautonomicznego systemu transakcyjnego. Zrozumiałem tyle, że to bankowe sztuczki, w których siedzą duże pieniądze. Z tego, co widziałem, robota jest stresująca. Zabawne, jak nudno może wyglądać nerwowa praca. Obserwowałem, jak zmaga się z dokumentami, pisze i odpowiada na dziesiątki maili, wykłóca się na zebraniach, w końcu siada znużona w swoim kubiklu i ze zniechęceniem zaczyna klikać w newsfeed. Wykańczała ją ta praca. Ledwie to pomyślałem, tablet zminimalizował okno i wyciągnał na wierzch podgląd jej bloku. Ktoś majstrował przy drzwiach jej mieszkania.

Przełączyłem się na inną kamerę, chciałem mu się lepiej przyjrzeć – ale CCTV w jej budynku pokazywała tylko pusty korytarz. Widziałem faceta tylko na tym, co sam podłożyłem. To nie był przypadkowy włamywacz i najwyraźniej miał wsparcie, dobrze, że nie wycięli mnie z podglądu budynku. Sprzęt miał niezły, jego autowytrych przegryzł się przez krypto drzwi w parę minut. A potem typ mnie zaniepokoił: zamiast wejść do środka i zabrać się za alarm, zamknął drzwi z powrotem. Czyli nie miał w planach zwykłego włamania. Wyszkolony gość, albo cała grupa, chce poczekać, aż ona wróci do domu, a wtedy wejdzie jak do siebie. Nie wyglądało to dobrze, a do tego przecież piątek: gdyby wpadli do niej dziś, mieliby całe dwa dni, zanim ktokolwiek by się zorientował. Siedziałem jak na szpilkach, patrząc, jak typ wychodzi z jej bloku, a na kamery wraca prawdziwy obraz. Nie miałem już czasu nic zrobić – wybiła piąta, korpodrony ruszyły do domów. Nie mogłem jej zgubić.

Machnąłem kartą w stronę bufetu i wmieszałem się w tłum zmierzający do metra. Poniewczasie dotarło do mnie, że jeżeli było ich kilku i planowali akcję na dziś, to w zasięgu wzroku miałem pewnie jednego z nich. Jeśli obserwowali ją od kilku dni, mogli mnie zauważyć. Nic nie mogłem poradzić, nie w tym tłumie. Pozostało mieć nadzieję, że moja zwyczajna twarz wystarczy, żeby nie rzucać się w oczy.

Do jej stacji dojechaliśmy spokojnie. Szedłem kawałek za nią, trzymałem ją na oku. Rozejrzałem się pod blokiem, gdzie przysiąść, żeby przepatrzeć kamery, i dostałem strzałką. Czyli zauważyli mnie wcześniej. Nie wiem, czym była zaprawiona, ale zwaliło mnie z nóg. Młody, wysportowany facet demonstracyjnie zakrzyknął “Halo, proszę pana! Wszystko w porządku?”, przyklęknął obok i dyskretnie przyłożył mi z paralizatora.

Ocknąłem się jakieś pięć minut później, ktoś wnosił mnie do jej mieszkania. Czyli było ich trzech. Ona na fotelu, blada z przerażenia. Jeden odwrócił się do nas, wysoki, szpakowaty – szef.

– Coś tu przywlókł?
– Mówiłem ci, że ma stalkera. Musiałem go zgarnąć, ściągnąłby gliny.
– Dobra, do łazienki i załatw to.

Powlókł mnie do łazienki i przewiesił mnie przez ogromną, na pewno bardzo wygodną wannę. Usłyszałem otwierany nóż. No tak, będzie podrzynanie, chcą ją dodatkowo zmiękczyć odgłosami. Dobrze że zamknął za sobą drzwi.

Nie spodziewał się, że po toksynie ze strzałki poprawionej dwustoma kilowoltami będę stawiał opór. A na pewno nie spodziewał się, że ręka mi spuchnie, a potem zmieni się w pęk macek, które owiną jego dłoń z nożem. Tym, w co zmieniło się moje drugie ramię, sięgnąłem do jego twarzy, ale nie zdążyłem go zatkać w porę – urwany wrzask i chrupot kości musiały ich zaniepokoić. Wyskoczyłem z łazienki, nie bawiąc się w otwieranie drzwi. Ramię porosło mi nieforemną chityną, zupełnie niepotrzebnie, w tej postaci mam zazwyczaj całe dwie sekundy spokoju – zanim ktokolwiek uwierzy w to, co widzi, nie ma już albo mnie, albo jego.

Szef był twardy, zaczął podnosić pistolet. Zawahałem się, ale ona na szczęście zemdlała, więc po prostu ukręciłem mu głowę. Trzeci siedział i trząsł się, już zdążył zwymiotować. Nachyliłem się nad nim, przysuwając, no, twarz, do jego twarzy. Otworzyłem paszczę i wysunąłem rozwidlony język, a gość się osunął. Widziałem to w jakimś starym filmie i pożyczyłem sobie, działa znakomicie. Zadziałałoby jeszcze lepiej, jakbym miał taką drugą małą szczękę w środku, ale nie miałem czasu na szczegóły. Trzej załatwieni, bezpośrednie zagrożenie usunięte, pora się wynosić. Była nadal nieprzytomna, świetnie. Z trupa w łazience ściągnąłem bluzę, bo z moich ciuchów jak zwykle po przemianie tylko spodnie były całe. Zwinąłem macki, wciągnąłem chitynę, założyłem twarz budzącą zaufanie i kucnąłem przed jej fotelem. Ocknęła się dość szybko i rozejrzała w panice.

– Nie zna mnie pani, ale proszę posłuchać – grozi pani śmiertelne niebezpieczeństwo.
– Co się… – kto… – trzech, nie wiem – a potem to… – coś…!
– Tak, ktoś chce panią skrzywdzić, jeszcze nie wiem dlaczego. Jeśli chce pani przeżyć, proszę pójść za mną.

Spojrzała z przerażeniem.

– Proszę, chodźmy już. Może pani zadzwonić na policję, ale czy zdążą przed następnymi? A jeśli to – coś – wróci? Proszę, niech pani pójdzie ze mną.

Pomogłem jej wstać.

– Chodźmy, tędy. Chodźmy.

Ewakuować się, umieścić ją w bezpiecznym miejscu, zorientować się, czemu Maszyna dała mi jej PESEL, kto i czego od niej chce. Potem rozwiązać problem.

Bliskie spotkanie trzeciego stopnia

Rozmowy z policją wymagają pewnego wyczucia, a wyczuciem nie wszystkich obdarzono po równo.

Wiszący sto metrów nad okolicą aerostat wypatrzył nadjeżdzający samochód już pół godziny temu, więc zaskoczenia nie było. Droga była w marnym stanie, więc wóz sunął powoli, omijając dziury; urwanie zawieszenia w tej okolicy oznaczało co najmniej dzień nerwowego oczekiwania na holownik, nawet dla policji. Zanim dotrą do zapory na moście, upłyną jeszcze co najmniej trzy kwadranse, miał czas. Gestem odesłał podgląd z drony do małego okienka w narożniku pola widzenia, kolejnym przywrócił poprzednie zajęcie. Na tle obskurnego wnętrza schronu rozwinęły się schematy decyzyjne, okna konfiguratorów feedbacku, pliki z notatkami; zagłębił się w pracy. Owszem, miał wyczucie, dlatego osada wyznaczyła go na strażnika zapory, ale jego podstawowym zajęciem było nadal projektowanie interfejsów użytkownika.

Technicznie rzecz biorąc, osada istniała całkowicie nielegalnie – zajęli to opuszczone gospodarstwo rolne bez pytania kogokolwiek o zdanie. Nie żeby to miało znaczenie: sądząc po dewastacji, budynki porzucono długo przed powszechną ewakuacją 2021 roku. Dwadzieścia lat później nie zostało z nich wiele ponad betonowe ściany, ale to im wystarczyło. Nikomu tu nie przeszkadzali, w porzuconym zakątku ziemi niczyjej, pomiędzy Puszczą i jej ludożerczymi endemitami a szerokimi polami, patrolowanymi przez drony agrokorporacji czy enklaw. Nikogo też nie obchodziło, co się u nich dzieje; z nielicznymi rajderami czy zgrozą z lasu radzili sobie na własną rękę, a sporadyczne wizyty policji czy wojska przyjmowali życzliwie. Odpowiadało im to, dlatego też ludzi z zewnątrz starali się witać z wyczuciem.

Pora. Zapisał i zamknął projekt, przeciągnął się, wyszedł ze schronu. Kilka chwil później podchodził już do zapory na moście, z szerokim uśmiechem na twarzy, rękoma starannie na widoku, automatem przewieszonym przez plecy.
Policjantów było dwóch, starszy i młodszy – oczywiście. Młodszy trzymał rękę na otwartej kaburze i mierzył go spojrzeniem, które w założeniach miało być groźne, starszy spokojnie lustrował teren wokół.

– Bóg z wami, panowie oficerowie, co sprowadza?
– Dzień dobry, sierżant Bielinek, policja państwowa, rutynowy patrol drogowy, proszę opuścić zaporę – urzędowym tonem odpowiedział młodszy.

Uśmiechnął się szerzej i spojrzał na starszego. Ten przewrócił oczyma i wyszedł zza otwartych drzwi radiowozu.

– Bóg i z tobą, dobry człowieku. Da się tam co zjeść u was?
– A owszem, owszem, panie władzo, wędrowców kuchnia zawsze nakarmi, zwłaszcza urzędowych.
– No to puśćcież, w drodze prepaki tylko, a mi się ckni za domowym.
– Już puszczam, osada dwa kilometry drogą, nie zabłądzicie.
– Dzięki, z Bogiem – odrzekł starszy, wsiadając do wozu.

Zszedł z jezdni, pomanipulował przy zakamuflowanym sterowniku i po chwili kolce rozdzieracza opon chowały się już w betonie mostka. Radiowóz przejechał pod otwierającym się powoli szlabanem i potoczył się drogą, która za mostkiem była wyraźnie w lepszym stanie. Patrząc za samochodem sięgnął po przypiętą do pasa krótkofalówkę, przyłożył ją do ucha. Krótkofalówka była na pokaz, tak samo jak i automat: nie potrzebował przecież ani jednego, ani drugiego.

Ruszył z powrotem do schronu, a w jego głowie z lekkim mrowieniem pojawiła się pewność, że osada już wie o nadjeżdżających gościach. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, policjanci zjedzą, porozmawiają z paroma życzliwymi osobami, pokręcą się chwilę po terenie i pojadą w swoją drogę, odfajkowując w systemie kolejną rutynową wizytę w osadzie na ziemi niczyjej. Jeśli nikt bez wyczucia nie wzbudzi w nich ciekawości, która mogłaby ich zaprowadzić do piwnic, w mrok, w szum zbiorników, w których nanoasemblery fazy mokrej cierpliwie budowały rzeczy, których interfejs użytkownika rozwinął mu się przed oczami, w ciszy obskurnego schronu.