W kawałkach

“Weź się zbierz do kupy”. Od pewnego czasu jestem dość cięty na ten tekst.

Otworzyłem niechętnie oko, rozejrzałem się. Półmrok pokoju przecinały strugi światła, wpadające przez dziury w okiennicach. Wokół majaczyły krzywe meble, w nogach łóżka straszył stojak ze zbroją, wszystko tam gdzie było kiedy przywlokłem się przed świtem. W strugach tańczyły świetliste drobiny; pewno tylko kurz, ale na wszelki wypadek złożyłem palce w gest bariery. Dłoń zamrowiła, drobiny poruszały się dalej. Kurz.

Po świetle sądząc, był poranek – coś musiało mnie obudzić. Podniosłem się, oparłem na łokciu – coś chrobotało na stole. Odrzuciłem koc – a przynajmniej spróbowałem, bo drugiej ręki nie miałem. Szlag by to jasny.

Podniosłem się niezgrabnie – i była tam, z zaaferowaniem i chrupotem wyrabiała coś na stole. Nie mam pojęcia jak się zorientowała, ale kiedy ruszyłem do niej, zaczęła zwiewać. Rzuciłem się za nią z rumorem przewracanych mebli.

No więc owszem, jestem weteranem. Wróciłem z Wojny – no, w większości wróciłem. Wbrew temu co mówią heroldzi księcia pana, wojacy nie dzielą się na zwycięskich bohaterów i bohatersko poległych. Są jeszcze tacy, co ledwo wyżyli. Tacy, co to ich chmura ostrzy albo ognista kula tylko zawadziły, pozbawiając oczu albo twarzy. Albo rąk.

Prawie ją miałem, ale się wyśliznęła i szmyrgnęła pod szafę. Chwyciłem szczotkę i zacząłem szturchać na oślep. Albo wypłoszę, albo chwyci, tak czy tak będę ją miał.

Zwykłe rany to nie jest duży problem – bez kapłanów Veldy-opiekunki wojsko nie miałoby sensu – ale utracone kończyny to poważniejsza sprawa. Oczywiście, wszystko można zregenerować, ale z tych kilku groszy zwykłego tarczownika nie uzbiera się “dobrowolny datek” dla odpowiednio wysokiego rangą klechy. Dlatego musiałem sobie radzić, i dlatego muszę ganiać po brudnej izbie własną rękę. Jest sztuczna, ale moja. Owszem, łapie i żre myszy, nie wiem czy to dowcip artificerów, czy faktycznie się nimi żywi. Lepsza taka niż brudny hak.

Dorwałem ją w końcu, docisnąłem do kikuta, zaciskając zęby przytrzymałem póki nie wrosła. Już niedługo. Wczoraj się zaciągnąłem – pióro złamało się, kiedy się podpisywałem, dobry znak, Bezimienny mi sprzyja – dziś w południe schodzimy w katakumby pod Olbrzymem. Jeśli wrócę żywy, powinienem mieć dość na lepszą rękę, a może i nowe oko. Wtedy faktycznie zbiorę się do kupy.

[wrzutki do wrzutni: “człowiek budzi się rano, niechętnie otwiera oko, a na stole w salonie jego ręka (od palców do łokcia) coś robi i wygląda na bardzo zaaferowaną”]

Advertisements
Posted in PL

One thought on “W kawałkach

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s