Wejście dynamiczne

W furgonetce dowodzenia było ciasno i śmierdziało potem. Obserwowałem akcję zza pleców oficerów, tłoczących się przed ekranami, na które technik rzucił strumienie z osobistych kamer milicjantów. Oczywiście nie szło się w niczym rozeznać. Trzydzieści ekraników wielkości dłoni, na każdym podrygujący obraz, z głośników dyszenie i przekleństwa szeptem, na trzydzieści głosów. Oddział Specjalny, elitarna jednostka milicji, wychodzi na pozycję przed ujęciem niebezpiecznego przestępcy. Najlepszy sprzęt, wsparcie bezpilotowców, zabezpieczenie informatyczne, smartkarabiny, programowalne pancerze, noże, zaostrzone kije; totalne badassy w akcji. Naprawdę w to wierzyli, niestety. Nikt nie zwracał na mnie uwagi, zresztą od samego początku. Zajęło im kwadrans i telefon – telefon – do Komendy Głównej, zanim w ogóle wpuścili mnie za kordon. Jasne, kryptoznaczone karty konsultantów rosną na drzewach. A żeby zdemaskować ZŁOWROGIEGO INFILTRATORA, który da radę taką podrobić, wystarczy telefon do centrali.

No ale dobra, zadzwonili, potwierdzili, głos pana kazał im wpuścić, zasięgać porady, słuchać opinii, konsultować. Konsultowali? Aha, pewnie. Jakby mogli, nie wpuściliby mnie nawet do ich świętego wozu dowodzenia, ale akurat padało. Zostawić konsultanta z KG, żeby mókł – zły pomysł. Może się poskarżyć i będzie smród. No, myślą w taki sposób, owszem. Musiałem się tego szybko nauczyć. Dzięki temu wiem, że jakby się któryś z nich wykazał minimalną przezornością, to by mnie wzięli pod skrzydła, słuchali uwag, mądrze kiwali głowami, zastosowali się do paru – a jakby był fuckup, mieliby na kogo zwalić winę. Ale nie, nie ma mowy, elitarna jednostka nie potrzebuje mądrali z Komendy, niejednego niebezpiecznego przestępcę z prohibitami już zawijali, no i przede wszystkim Oddział Specjalny nie robi fuckupów.

Więc stałem za nimi, milczałem, nawet niespecjalnie zaglądałem im przez ramiona, o doradzaniu nie wspominając. Spece rozstawili się w końcu, w głośnikach zatrzeszczały potwierdzenia: snajperzy gotowi, zespół alfa jeden gotowy, zespół alfa dwa gotowy, krio gotowe. Alfa jeden, alfa dwa, nie żartuję. Dowódca akcji odebrał potwierdzenia, spojrzał po reszcie, skinął głową. Zaczynajcie, powiedział. Zaczęli. Od odcięcia prądu i zagłuszania cywilnej łączności, chwilę potem odstrzelili drzwi, wpadli do środka i cały misterny plan, jak to mówią, poszedł w pizdu. Huknęło tak, że usłyszeliśmy to na własne uszy, a łączność zatkała się krzykami, nieskładnymi raportami i trzaskiem wystrzałów. Dowódca akcji wrzeszczał w mikrofon, usiłując zapanować nad chaosem, jego przydupasy wydawały w tym czasie sprzeczne polecenia technikom łączności. Zespół alfa jeden nadział się na kierunkową minę zaraz za frontowymi drzwiami, alfa dwa ostrzeliwał się z kimś na tyłach budynku. Błyskawiczny szturm utknął, strat nie mieli tylko snajperzy, bezskutecznie wypatrujący jakiegokolwiek celu.

Co ja bym zrobił w takiej sytuacji?

Związałbym szturm na perymetrze jakąś automatyką i się wynosił, oczywiste. Drukarkę ustawiłbym na produkowanie czegoś zjadliwego, awaryjne zasilanie na samozniszczenie. Kanałów tu nie ma, budynek jest otoczony, więc wiać tylko górą. Wydrukowałbym sobie pojazd, żeby spieprzyć szybko i skutecznie, ale o ile wiem nie miał na to czasu, nie na łatwej do przerzucenia drukarce. Bez pojazdu, tylko z osobistymi dopaleniami, musiałbym liczyć na zamieszanie, nie na prędkość. Jeśli odstrzelić dowodzenie akcji, zamieszanie zrobi się znakomite. A że cywilną łączność położyli, wóz dowodzenia jest najmocniejszym nadajnikiem w okolicy.

Konsultantowi służbowa broń nie przysługuje. Rozejrzałem się po wnętrzu – szafki z bronią nie było. Miałem problem. Wysiadłem, ruszyłem szybkim krokiem – nie biegiem – do najbliższej pancerki speców. Czasu było coraz mniej, więc zerwałem kłódkę na skrytce ze sprzętem, wyciągnąłem pękaty elektrolaser, szarpnięciem ustawiłem go na pełną moc. Na zewnątrz noc rozpaliła się oślepiającym blaskiem flar. Wystrzelił pozorację, snajperzy właśnie oślepli. Wyskoczyłem z pancerki, gogle usiłowały nadążyć za pseudolosowym pulsowaniem oślepiaczy, zaciemniłem je całkowicie, przełączając na lidar. Syntetyczny obraz był zaszumiony, jego pozoracja zakłócała też laserunek standardowych policyjnych gogli. W powietrzu było sześć celów, chaotycznie miotanych algorytmami randomizacji trajektorii. Któryś z nich to on, a ja nie miałem ani czasu ani prądu żeby usmażyć wszystkie. Gdybym chciał rozwalić glinowóz HARMem-samoróbką, gdzie bym był?

Tam.

Trafiłem drugim strzałem.

Randomizacja wektora i wspomaganie sterowania nadal działały, więc nie spadł jak kamień – ale leciał w dół. Ruszyłem biegiem i byłem przy nim chwilę po uderzeniu w ziemię. Słabo go było widać, opakował się w jakąś metapelerynę – wiedziałem gdzie jest głównie przez pył wodny, unoszony uderzeniami ciągu vernierów. Przyklęknąłem przy nim, zacząłem szukać po omacku sterowania ciągu, i wtedy –

– Rzuć broń! Ręce do góry!

Głos za plecami był młody i bardzo przestraszony. Podniosłem powoli ręce.

– Jestem konsultantem z Komendy, mam tu identyfikator, sięgnę teraz po niego, dobrze?
– Nie ruszaj się!
– Spokojnie, nie ruszam się.

Kątem oka zobaczyłem zmokniętego policjanta, obchodzącego mnie ostrożnie, z pistoletem w kurczowo zaciśniętych rękach. Patrzyłem przed siebie, nie chcąc wystraszyć go jeszcze bardziej. Nic to nie dało, bo w końcu stanął przede mną i zobaczyłem wszystko w zwolnionym tempie – jak zauważa czerwony trójkąt na moim policzku, jak rozszerzają mu się oczy, jak zaciska palec na spuście. Wydaje mi się, że prawie zauważyłem pocisk. Da się spudłować z takiej odległości, prawie mu się udało, ale trafił mnie jednak. Szarpnęło, uderzenie wybiło mi powietrze z płuc, złożyłem się i ległem nieruchomo. Jeszcze mi tego brakowało, żeby poprawił. Patrzyłem na kałużę tuż przed oczyma i słuchałem, jak do młodego dołącza ktoś bardziej doświadczony.

– Coś ty kurwa narobił?
– Sztuczniaka złożyłem, poprawiać mam? Nie rusza się, to chyba nie, co?
– Kurwa mać, debilu jeden, co on ma na sobie? Przyjrzyj się, kurwa, i powiedz na głos!

Moment milczenia, a potem –

– Kamizelkę ma.
– A co ma napisane na kamizelce? Przeczytasz czy mam ci przeliterować?
– No tak, ale to sztuczniak!
– Kurwa twoja butlowana mać, co ma napisane! Na głos!
– No “milicja” ma napisane, ale..
– No to, do chuja pana, jak ma napisane że milicja, to znaczy że najpierw z nim rozmawiasz, a napierdalasz potem, bo faktycznie może być nasz, ty debilu!

To by było nawet śmieszne dość, gdyby żebra tak mnie nie bolały. Postrzał to nie żarty, serio.

Advertisements

Przepowiednie

Nie wierzą. Nie wierzą. Są bezpieczni za murem, za drutem, za wieżami, reflektorami, gniazdami karabinów maszynowych. Mają wodę, mają jedzenie, benzynę i naboje. Są bezpieczni. Nie wierzą.

Siedzi w barze, powolnymi ruchami je gęstą zupę. Ciepło wypełnia żołądek. Wokół półnagie dziewczyny rozdają jedzenie, alkohol, uśmiechy i aluzje. Zmęczeni, głodni mężczyźni chłoną je jak gąbki. Postawny facet w ciężkich butach, z czerwoną chustką na szyi zajada ze smakiem hamburgera. Postawny facet w ciężkich butach, z czerwoną chustką na szyi strzela z automatycznego pistoletu, kryjąc się za framugą, a następna kula będzie ostatnia. Jedno z dwóch. Oba. Widzi oba. Rozgląda się. Wysoka brunetka idzie z tacą pełnych szklanek i krzyczy, wciągana do umazanego krwią i popiołem samochodu. Rozgląda się. Widzi wszystkich podwójnie. Widzi bar podwójnie, pełen głosów i muzyki, i pełen ognia. Wstaje i mówi im to, mówi im jak umierają, a oni wyrzucają go na zewnątrz, wylewają jego kubek zupy, biją. Nie wstaje, siedzi cicho. Dokańcza zupę, wychodzi.

Patrzy, jak Hallie drżącymi dłońmi pakuje mały plecak. Wrzuca do środka filtry do maski, apteczkę, suszone mięso. Pudełko z nabojami rozpada się, lądując w środku, kule rozsypują się. Jedna wypada z plecaka, toczy się po podłodze. Podnosi ją, starannie wkłada do kieszeni, słysząc w głowie suchy trzask rewolweru, w którym zabrakło jednego naboju. Omija Hallie, podchodzi do szafki w kącie, wyciąga z niej rozbitą krótkofalówkę, przesuwa palcami po krótkiej, czarnej antenie, chowa ją do swojej torby, do kieszeni w której jest już maść antyseptyczna i wiertarka. Dziewczyna zamyka plecak, dopina kaburę, skinieniem potwierdza, że jest gotowa. Łzy płyną po jej twarzy. Wychodzą w noc.

Pokazują go sobie palcami, kiedy wchodzi do miasta, w znoszonym płaszczu, zdartych butach, wariat z pustyni, dotknięty Wirem, niegroźny, do zignorowania. Ktoś rzuca mu plastikowy żeton, gdy siedzi zmęczony pod ścianą. Ktoś kopie jego plecak, rzeczy wysypują się w pył ulicy, potem kopie jego, wyrywa mu z głowy Antenę, oślepiający ból – więc zbiera swoje rzeczy, wstaje, przenosi się, zanim to się zdarzy. Zdarzyło się już? Właśnie się dzieje? Maca się po głowie, Antena jest, dobrze. Albo była. Albo będzie znów.

Stoi w czystym pokoju, wykręcone ręce bolą. Patrzy na poważnego człowieka o twardym spojrzeniu. Mówi o Prezydencie Młocie. Mówi o jego przepowiedniach. O jego ludziach, o jego motocyklach, o jego groteskach na łańcuchach. Mówi o zagładzie. Mówi wszystko co wie. Mówi o Antenie Krzyku w jego głowie i w swojej. Mówi o prawdzie Wiru. Człowiek o twardych oczach spogląda na niego z pogardą, odprawia go skinieniem, prowadzą go do piwnicy i strzelają w tył głowy. Kiepsko strzelają, wykrwawia się i umiera. Nie mówi o Antenie, mówi że widział hordę Młota – oczyma, mówi o ostatnim ocalałym. Prowadzą go do piwnicy i długo biją, powtarza wszystko. Wyrzucają go na ulicę. Idzie z trudem, wszystko boli. Brunetka przed barem odwraca się z obrzydzeniem i strachem.

Stoi w mroku, na skale nad miastem. Widzi samochody Młota krążące wokół murów, marnujące bezsensownie benzynę, wymieniające strzały z blokhauzami, widzi reflektory, próbujące uchwycić skaczące na wybojach wozy. Wie, że poniżej świateł, poniżej smug pocisków, pełzną Oddani, wlokąc sakwy trotylu. Wie, kiedy wrzucają je w szczeliny strzelnicze, widzi wybuchy, widzi dziury w murach. Słyszy triumfalny ryk silników, gdy wozy ruszają do wyrw na pełnym gazie.

Budzi go ryk Wiru, spływający po krótkim sztyfcie Anteny wprost do mózgu. Nie może się poruszyć, sparaliżowany bólem. Wieczność później dźwięk odpływa, cichnie, pozostaje tylko sugestią, dalekim wyciem silników, przebijającym się przez nocne odgłosy miasta. Próbował. Nie wierzą. Już czas. Wstaje, zatacza się. Rusza w stronę bramy. Zatrzymuje się, spogląda w stronę baru. Staje w drzwiach, rozgląda się, nie wiedząc czego szuka. Widzi Hallie, która będzie patrzeć z nim na umierające miasto. Albo patrzyła. Albo właśnie patrzy.

Mówi spokojnym głosem przez poobijany megafon. Mówi co się stanie. Mówi o Prezydencie Młocie, o jego fanatycznej hordzie, o ogniu, o krwi. O górze czaszek na środku placu, tu gdzie stoi. Nie wierzą. Plują. Rzucają kamieniami. Zawsze rzucają. Nie ma takich słów, od których by nie rzucali. Nie tu. Nie oni. Nie teraz. Ale musi mówić. Antena Krzyku każe. Musi mówić. Mówi.

Siedzi przed barem, w pyle, słońce razi nawet przez zamknięte oczy. Wir wyje w jego głowie. Wysoka brunetka pali papierosa i podrzuca żeton. Orły. Głowy. Głowy. Głowy. Orły. Orły. Głowy. Orły. Patrzy na niego zaskoczona. Mówił na głos. Otwiera oczy, spotykają się spojrzeniami. Podrzuca jeszcze raz. Głowy. Skąd wie? Widzi. Antena. Obrazy. Ona spogląda z obawą i jednocześnie płacze, patrząc ze skał na płonące miasto. Inaczej. Inaczej. Jest inaczej. Stoi obok. Miasto umiera, a ona stoi obok. Jest inaczej. Hallie. Ma na imię Hallie. Wie to. Powiedziała mu, kiedy mu uwierzyła. Patrzy na jej wyciągniętą rękę.

– Jestem Hallie.

Death Race 2045

– Prawo piętnaście, sto trzydzieści, potem długa prosta!

Kierowca odbił w lewo, zdjął nogę z gazu, wóz wszedł w łuk, wyjąc oponami. W szczycie łuku docisnął pedał do oporu, przepustnice dwóch gaźników otwarły się na oścież, z rykiem antycznego V8 ford skoczył do przodu. Kierowca rzucił okiem w lusterko.

– Jeszcze ich nie ma, status?
– Olej dwa, mina jedna, kolce puste, na dronę –
– Za szybko. Sięgniesz ich stąd?
– Zobaczymy, jak wyjdą z zakrętu.

Skupił się na nawierzchni przed nimi – przy tej prędkości jedna wyrwa i będzie po nich. Pilot wbijał wzrok w ekran pancernego portabla.

– Są, mam sygnał, macają nam honeypota –
– Rób, nie gadaj.

W lusterku zapłonęły ksenony drugiego samochodu, fotochromy momentalnie ściemniały. Kierowca odchylił boczne lusterka, nie chciał ryzykować laserowego oślepiacza prosto w oczy. Przez ryk silnika przebiło się kilka stuknięć.

– Kaem, patrzcie ich. Jak tam?
– Myślą że siedzą w naszym wspomaganiu, nuby, a to ja wlazłem do nich. Patrz teraz.

Pilot triumfalnie nacisnął klawisz – i samochód za nimi zarzucił, a potem przekoziołkował.

– Welcome to the jungle, baby! Blokada lewych hamulców przy dwustu i żegnam panów! Kocham drive-by-wire!
– Pięknie, oklaski, co jest przed nami?
– Pięć do wybuchowiska w Parzęczewie, potem czterdzieści do mety. Proponuję na pełnej kurwie przez wybuchowisko albo na przełaj dookoła miasteczka.
– Na przełaj odpada, mamy złe kapcie, a niedawno lało, utkniemy w polu. Musimy przez wybuchowisko. Zwiad?
– Zwolnij, podniosę biedronkę.

Kierowca zredukował bieg. Przez klapę w dachu wyskoczył mały bezpilotowiec, zakołysał się i odleciał w stronę miasteczka, wyprzedzając samochód.

– Dobra, jestem nad miastem – odezwał sie Pilot. – Wygląda dobrze, dobrze, ups, nie. Wybuchowisko pozmieniane.
– Świeże?
– No idea, z góry chuj widać.
– IR?
– Ciemno. Nikogo albo stoją we mrozie.
– Chuj, nie mamy czasu czekać, aż im sie mróz skończy. Jedziemy na durch, daj podgląd na huda.

Na przedniej szybie pojawił się zielono mżący obraz z unoszącej się nad miasteczkiem drony.

– Kto przed nami?
– Ruska i Płachtę widzieliśmy przed Dużym Lasem, ci w zielonym bmw wylecieli na Patelni, Dużego Michała spłaszczyliśmy w Małym Lesie, ten płonący wrak to był chyba Misiek, Rudej i Widelcowi zwialiśmy, pastuchy w audi były przed chwilą…
– Zostaje Mały Michał – i Otto.

Zamilkli.

– Kuurwa. Jak Otto zaczaił się na wybuchowisku…
– Oddychaj. Zejdź niżej kopterem, obczaj ulice, powkurwiaj. Mały Michał ma świeżego pilota, może puszczą mu nerwy. Jak nie, to może kolce wypatrzymy.
– Dobra, działam.

Obraz na hudzie wariował zgodnie z manewrami drony. Jechali przed siebie, w kabinie było słychać tylko silnik.

– Nic, zostało trzydzieści procent prądu i nadal latam.
– Wracaj, nic już nie wymodzimy, Parzęczew wita.
– Jak jedziemy, gruzem czy czystym?
– Po minach czy w zasadzkę? Chuj, jedźmy czystym. Finta w fincie.

Wsunęli się między opuszczone budynki. Wóz sunął naprzód, Pilot i Kierowca rozglądali się uważnie. Spięci, starali się zachować zimną krew. Wyjechali na najszerszą ulicę miasteczka.

– Wybuchowisko, uważaj teraz.
– Cicho.

Jechali wolno, z nerwami napiętymi jak postronki, wypatrując podejrzanych pudełek, błysku optyki w oknie, promienia laserowego celownika. Pod kołami od czasu do czasu zgrzytnął żwir albo zachrupotał zabłąkany śmieć, ale jezdnia była czysta. Ulica rozszerzała się przed nimi – zbliżali się do rynku. Kierowca wcisnął gaz, wóz przyspieszył z piskiem opon.

– Co…?
– Nie lubię być przewidywalny.

Wyskoczyli na plac z rykiem silnika i dlatego pierwsza rakieta ich minęła. Pilot wrzasnął zaskoczony, przebiegł palcami po klawiaturze, odpalił ogłupiacze. Gnali przez rynek, zostawiając za sobą kotłującą się chmurę pasków folii i oślepiające magnezowe flary. Z bocznej ulicy wystrzeliła smuga kolejnej rakiety, a zaraz za nią czarny mercedes W124.

– Kurwa, Otto?
– Nie, dzieciątko Jezus, trzymaj się!

Weszli w zakręt poślizgiem, chowając się w ostatniej chwili – rakieta rozerwała się na pordzewiałych resztkach lancera zawieszonych na szykanie. Mercedes był zaraz za nimi.

– Trzymaj flary, w zakrętach nie będzie strzelał.

Gnali przez wybuchowisko, z piskiem opon omijając wraki poprzedników, słupy i betonowe bariery przed urzędem gminy. Wyskoczyli na prostą wychodzącą z miasta – Pilot i Otto odpalili w tym samym momencie, ale flary nie zdążyły się oddalić i rakiety detonowały tuż przy wozie. Fordem zarzuciło, otarł się burtą o wrak gimbusa, ale jechali dalej.

– Status!
– Jestem cały, olej poszedł, kolców nie ma, wyrzutnik min się zaciął.
– Dobrze, kurwa, załatwimy to oldskulowo – warknął kierowca. – Bierz granatnik.

Stalker

Dzisiaj włożyła workowate spodnie, trampki i tshirt. Piątek, casual friday. Na tshircie hasło “Normal is Boring”; mikrobunt trybika w korporacji, udowadniającego sobie, że jeszcze nie dał się złamać i przemielić. Nie zjadła śniadania, jak zwykle, wypiła tylko kawę. Uzbroiła alarm, wyszła do metra. Ruszyłem za nią, nieprzesadnie blisko. Nie wgapiałem się, nawet nie zatrzymywałem na niej wzroku, trzymałem ją tylko w polu widzenia. Wtopiłem się w tło, wyglądając nieszkodliwie – zwykły gość w drodze do pracy, wzrost przeciętny, znaków szczególnych brak.

Zatłoczony skład metra przeciskał się pod miastem, powietrze lepkie od wyziewów ludzi, którzy używają dezodorantu zamiast mydła. Wagon nas w końcu wyrzygał, wyjechaliśmy nad powierzchnię, ona jednymi schodami, ja drugimi. Wyglądała, jakby chciała wrócić do domu i wejść pod prysznic, normalne po przejeździe metrem w lipcu. Ruszyła do biurowca. Nie miałem wstępu za bramki, więc poszedłem do kawiarni naprzeciwko. Wziąłem kawę i ciastko, usiadłem z tabletem, ot, przedstawiciel klasy próżniaczej lansuje się po taniości w trendnej sieciówce. Na tablecie zamiast pseudopowieści pisarza młodego pokolenia miałem obraz ze skrakowanych kamer CCTV. Patrzyłem, jak idzie przez openspejs zaaranżowany wedle zeszłowiecznych standardów “biura dla dynamicznej, kreatywnej elity”, mija wygłuszone kubikle do “pracy w skupieniu”, wielkie donice z sukulentami i motywacyjne hasła na ścianach.

Nie wiedziałem, nad czym pracuje. Wchodzenie na jej stację roboczą było stanowczo zbyt ryzykowne. Zresztą wiele by mi to nie dało, szczegóły nie na moją głowę. Jest architektem systemowym, po uszy w dewelopmencie semiautonomicznego systemu transakcyjnego. Zrozumiałem tyle, że to bankowe sztuczki, w których siedzą duże pieniądze. Z tego, co widziałem, robota jest stresująca. Zabawne, jak nudno może wyglądać nerwowa praca. Obserwowałem, jak zmaga się z dokumentami, pisze i odpowiada na dziesiątki maili, wykłóca się na zebraniach, w końcu siada znużona w swoim kubiklu i ze zniechęceniem zaczyna klikać w newsfeed. Wykańczała ją ta praca. Ledwie to pomyślałem, tablet zminimalizował okno i wyciągnał na wierzch podgląd jej bloku. Ktoś majstrował przy drzwiach jej mieszkania.

Przełączyłem się na inną kamerę, chciałem mu się lepiej przyjrzeć – ale CCTV w jej budynku pokazywała tylko pusty korytarz. Widziałem faceta tylko na tym, co sam podłożyłem. To nie był przypadkowy włamywacz i najwyraźniej miał wsparcie, dobrze, że nie wycięli mnie z podglądu budynku. Sprzęt miał niezły, jego autowytrych przegryzł się przez krypto drzwi w parę minut. A potem typ mnie zaniepokoił: zamiast wejść do środka i zabrać się za alarm, zamknął drzwi z powrotem. Czyli nie miał w planach zwykłego włamania. Wyszkolony gość, albo cała grupa, chce poczekać, aż ona wróci do domu, a wtedy wejdzie jak do siebie. Nie wyglądało to dobrze, a do tego przecież piątek: gdyby wpadli do niej dziś, mieliby całe dwa dni, zanim ktokolwiek by się zorientował. Siedziałem jak na szpilkach, patrząc, jak typ wychodzi z jej bloku, a na kamery wraca prawdziwy obraz. Nie miałem już czasu nic zrobić – wybiła piąta, korpodrony ruszyły do domów. Nie mogłem jej zgubić.

Machnąłem kartą w stronę bufetu i wmieszałem się w tłum zmierzający do metra. Poniewczasie dotarło do mnie, że jeżeli było ich kilku i planowali akcję na dziś, to w zasięgu wzroku miałem pewnie jednego z nich. Jeśli obserwowali ją od kilku dni, mogli mnie zauważyć. Nic nie mogłem poradzić, nie w tym tłumie. Pozostało mieć nadzieję, że moja zwyczajna twarz wystarczy, żeby nie rzucać się w oczy.

Do jej stacji dojechaliśmy spokojnie. Szedłem kawałek za nią, trzymałem ją na oku. Rozejrzałem się pod blokiem, gdzie przysiąść, żeby przepatrzeć kamery, i dostałem strzałką. Czyli zauważyli mnie wcześniej. Nie wiem, czym była zaprawiona, ale zwaliło mnie z nóg. Młody, wysportowany facet demonstracyjnie zakrzyknął “Halo, proszę pana! Wszystko w porządku?”, przyklęknął obok i dyskretnie przyłożył mi z paralizatora.

Ocknąłem się jakieś pięć minut później, ktoś wnosił mnie do jej mieszkania. Czyli było ich trzech. Ona na fotelu, blada z przerażenia. Jeden odwrócił się do nas, wysoki, szpakowaty – szef.

– Coś tu przywlókł?
– Mówiłem ci, że ma stalkera. Musiałem go zgarnąć, ściągnąłby gliny.
– Dobra, do łazienki i załatw to.

Powlókł mnie do łazienki i przewiesił mnie przez ogromną, na pewno bardzo wygodną wannę. Usłyszałem otwierany nóż. No tak, będzie podrzynanie, chcą ją dodatkowo zmiękczyć odgłosami. Dobrze że zamknął za sobą drzwi.

Nie spodziewał się, że po toksynie ze strzałki poprawionej dwustoma kilowoltami będę stawiał opór. A na pewno nie spodziewał się, że ręka mi spuchnie, a potem zmieni się w pęk macek, które owiną jego dłoń z nożem. Tym, w co zmieniło się moje drugie ramię, sięgnąłem do jego twarzy, ale nie zdążyłem go zatkać w porę – urwany wrzask i chrupot kości musiały ich zaniepokoić. Wyskoczyłem z łazienki, nie bawiąc się w otwieranie drzwi. Ramię porosło mi nieforemną chityną, zupełnie niepotrzebnie, w tej postaci mam zazwyczaj całe dwie sekundy spokoju – zanim ktokolwiek uwierzy w to, co widzi, nie ma już albo mnie, albo jego.

Szef był twardy, zaczął podnosić pistolet. Zawahałem się, ale ona na szczęście zemdlała, więc po prostu ukręciłem mu głowę. Trzeci siedział i trząsł się, już zdążył zwymiotować. Nachyliłem się nad nim, przysuwając, no, twarz, do jego twarzy. Otworzyłem paszczę i wysunąłem rozwidlony język, a gość się osunął. Widziałem to w jakimś starym filmie i pożyczyłem sobie, działa znakomicie. Zadziałałoby jeszcze lepiej, jakbym miał taką drugą małą szczękę w środku, ale nie miałem czasu na szczegóły. Trzej załatwieni, bezpośrednie zagrożenie usunięte, pora się wynosić. Była nadal nieprzytomna, świetnie. Z trupa w łazience ściągnąłem bluzę, bo z moich ciuchów jak zwykle po przemianie tylko spodnie były całe. Zwinąłem macki, wciągnąłem chitynę, założyłem twarz budzącą zaufanie i kucnąłem przed jej fotelem. Ocknęła się dość szybko i rozejrzała w panice.

– Nie zna mnie pani, ale proszę posłuchać – grozi pani śmiertelne niebezpieczeństwo.
– Co się… – kto… – trzech, nie wiem – a potem to… – coś…!
– Tak, ktoś chce panią skrzywdzić, jeszcze nie wiem dlaczego. Jeśli chce pani przeżyć, proszę pójść za mną.

Spojrzała z przerażeniem.

– Proszę, chodźmy już. Może pani zadzwonić na policję, ale czy zdążą przed następnymi? A jeśli to – coś – wróci? Proszę, niech pani pójdzie ze mną.

Pomogłem jej wstać.

– Chodźmy, tędy. Chodźmy.

Ewakuować się, umieścić ją w bezpiecznym miejscu, zorientować się, czemu Maszyna dała mi jej PESEL, kto i czego od niej chce. Potem rozwiązać problem.

Bliskie spotkanie trzeciego stopnia

Rozmowy z policją wymagają pewnego wyczucia, a wyczuciem nie wszystkich obdarzono po równo.

Wiszący sto metrów nad okolicą aerostat wypatrzył nadjeżdzający samochód już pół godziny temu, więc zaskoczenia nie było. Droga była w marnym stanie, więc wóz sunął powoli, omijając dziury; urwanie zawieszenia w tej okolicy oznaczało co najmniej dzień nerwowego oczekiwania na holownik, nawet dla policji. Zanim dotrą do zapory na moście, upłyną jeszcze co najmniej trzy kwadranse, miał czas. Gestem odesłał podgląd z drony do małego okienka w narożniku pola widzenia, kolejnym przywrócił poprzednie zajęcie. Na tle obskurnego wnętrza schronu rozwinęły się schematy decyzyjne, okna konfiguratorów feedbacku, pliki z notatkami; zagłębił się w pracy. Owszem, miał wyczucie, dlatego osada wyznaczyła go na strażnika zapory, ale jego podstawowym zajęciem było nadal projektowanie interfejsów użytkownika.

Technicznie rzecz biorąc, osada istniała całkowicie nielegalnie – zajęli to opuszczone gospodarstwo rolne bez pytania kogokolwiek o zdanie. Nie żeby to miało znaczenie: sądząc po dewastacji, budynki porzucono długo przed powszechną ewakuacją 2021 roku. Dwadzieścia lat później nie zostało z nich wiele ponad betonowe ściany, ale to im wystarczyło. Nikomu tu nie przeszkadzali, w porzuconym zakątku ziemi niczyjej, pomiędzy Puszczą i jej ludożerczymi endemitami a szerokimi polami, patrolowanymi przez drony agrokorporacji czy enklaw. Nikogo też nie obchodziło, co się u nich dzieje; z nielicznymi rajderami czy zgrozą z lasu radzili sobie na własną rękę, a sporadyczne wizyty policji czy wojska przyjmowali życzliwie. Odpowiadało im to, dlatego też ludzi z zewnątrz starali się witać z wyczuciem.

Pora. Zapisał i zamknął projekt, przeciągnął się, wyszedł ze schronu. Kilka chwil później podchodził już do zapory na moście, z szerokim uśmiechem na twarzy, rękoma starannie na widoku, automatem przewieszonym przez plecy.
Policjantów było dwóch, starszy i młodszy – oczywiście. Młodszy trzymał rękę na otwartej kaburze i mierzył go spojrzeniem, które w założeniach miało być groźne, starszy spokojnie lustrował teren wokół.

– Bóg z wami, panowie oficerowie, co sprowadza?
– Dzień dobry, sierżant Bielinek, policja państwowa, rutynowy patrol drogowy, proszę opuścić zaporę – urzędowym tonem odpowiedział młodszy.

Uśmiechnął się szerzej i spojrzał na starszego. Ten przewrócił oczyma i wyszedł zza otwartych drzwi radiowozu.

– Bóg i z tobą, dobry człowieku. Da się tam co zjeść u was?
– A owszem, owszem, panie władzo, wędrowców kuchnia zawsze nakarmi, zwłaszcza urzędowych.
– No to puśćcież, w drodze prepaki tylko, a mi się ckni za domowym.
– Już puszczam, osada dwa kilometry drogą, nie zabłądzicie.
– Dzięki, z Bogiem – odrzekł starszy, wsiadając do wozu.

Zszedł z jezdni, pomanipulował przy zakamuflowanym sterowniku i po chwili kolce rozdzieracza opon chowały się już w betonie mostka. Radiowóz przejechał pod otwierającym się powoli szlabanem i potoczył się drogą, która za mostkiem była wyraźnie w lepszym stanie. Patrząc za samochodem sięgnął po przypiętą do pasa krótkofalówkę, przyłożył ją do ucha. Krótkofalówka była na pokaz, tak samo jak i automat: nie potrzebował przecież ani jednego, ani drugiego.

Ruszył z powrotem do schronu, a w jego głowie z lekkim mrowieniem pojawiła się pewność, że osada już wie o nadjeżdżających gościach. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, policjanci zjedzą, porozmawiają z paroma życzliwymi osobami, pokręcą się chwilę po terenie i pojadą w swoją drogę, odfajkowując w systemie kolejną rutynową wizytę w osadzie na ziemi niczyjej. Jeśli nikt bez wyczucia nie wzbudzi w nich ciekawości, która mogłaby ich zaprowadzić do piwnic, w mrok, w szum zbiorników, w których nanoasemblery fazy mokrej cierpliwie budowały rzeczy, których interfejs użytkownika rozwinął mu się przed oczami, w ciszy obskurnego schronu.

Ryzyko

Masza wchodzi do Soho Clubu, witana jak zwykle przez ciężki bit z nagłośnienia i symbolicznie ubrane kelnerki. Nie zwracając uwagi na wijące się na centralnym podwyższeniu tancerki zmierza w kierunku drzwi na zaplecze, przy których stoi znany jej już przyboczny Rybakowa. Dyskretnie przekazuje mu pistolet i przechodzi. Krótki korytarzyk, na końcu kolejne drzwi. Stuka, wpuszcza ją kolejny ochroniarz: “szef pracuje, musisz chwilę poczekać.”

Rybakow siedzi na kanapie, wodząc rękoma w powietrzu, niewidzące oczy śledzą widziane tylko przez niego kształty. Gdyby nie okulary z projektorem i rękawice, możnaby wziąć go za czubka albo tripującego ćpuna.

– Zaraz z tobą jestem, obsłuż się – rzuca nieobecnym głosem i wskazuje samowar na stole.

Masza nalewa sobie, ukradkiem rozglądając się po pokoju. Rybakow nie zwraca na nią żadnej uwagi, ochroniarz jest tylko jeden, uważny ale spokojny, na podłodze nie ma folii. Siada naprzeciw Rybakowa, pozwalając sobie na dobrze ukryte westchnienie ulgi.

Jest w połowie filiżanki, kiedy mafiozo ściąga okulary, przez chwilę trze zmęczone oczy i skupia wzrok na Maszy. Patrzy na nią chwilę, po czym sięga do nesesera, wyjmuje z niego pistolet, z trzaskiem kładzie go na blacie.

– Co to jest?

Masza powstrzymuje idiotyczną oczywistą odpowiedź, podnosi broń ze stołu. Waży ją w ręku, wyjmuje magazynek, odciąga zamek. Zagląda do komory. Podważa osłonę przed kabłąkiem spustowym, otwiera, zamiera. W luku guncama zamiast standardowej kamery siedzi nadprzewodnikowa mikrobateria i malutki moduł, zrobiony z szarawego metalu. Pochyla lekko pistolet, po metalu przebiegają tęczujące odbłyski, jak po plamie oleju. Ksenostopy. C-tech. Przełyka ślinę, raz, drugi, bardzo uważnie nie sięga do wisiorka na szyi, bardzo uważnie nie rzuca okiem na Rybakowa. Nie wie, co to? Wie i sprawdza ją? Znalazł to w ogóle? Ile mu powiedzieć? Myśląc intensywnie obraca pistolet w dłoniach raz, drugi, oglądając go uważnie. Zwalnia zamek, odbezpiecza, mierzy w doniczkę z fikusem, ściąga spust – nic się nie dzieje. Odkłada broń i bierze głęboki oddech.

– To jest podróba któregoś z mniejszych waltherów, ale zrobiona wyjątkowo porządnie. Nie wiem z czego, ale raczej nie stalowa, bo jest podejrzanie lekka. Niedawno było z niej strzelane, amunicja, na oko, normalne 5,7 milimetra. Ma gunlock, ale zamiast guncama jest coś sporo mocniejszego niż zwykła kamera – może komputer balistyczny, ale jeśli tak to najmniejszy jaki widziałam. Myślę że jakby to rozkręcić całkiem to jeszcze niejedna siurpryza się znajdzie. Fajne żelazo, niepozorne, ale bardzo porządne. Skąd się takie bierze?

– Dowiesz się tego, i zapomnimy o tym nieporozumieniu z czterdziestoma kawałkami.
– A jakieś więcej szczegóły? – Masza unosi brwi pytająco.
– Mieliśmy ostatnio nieproszonego gościa, na którym to znaleźliśmy. Więcej nie potrzebujesz wiedzieć, za powiązaniami typa chodzi już kto inny. Od ciebie potrzebuję analizy tej klamki i ustalenia, kto takie robi.
– Termin?
– Na rozmontowanie broni masz dwa dni, co do pochodzenia – za tydzień-dwa chciałbym już coś od ciebie usłyszeć. Nawet jeśli to będzie tylko “nie mam pojęcia”. To wszystko, działaj.

Masza wstaje i rusza do wyjścia.

– Nie chcę się na tobie drugi raz zawieść.

Zatrzymuje się i spogląda na niego. W końcu rzuca tylko “rozumiem” i wychodzi.

Południe, środek miasta

Dom jest pusty, a jednak pełen odgłosów – zupełnie nie tych, do których Olga przywykła w obozie. Zamiast gwaru osadzonych, pożywiających się w stołówce, szum samochodów za oknami. Zamiast dalekiego wizgu pił, jazgotanie aktywizji za ścianą. Jedyna znajoma rzecz to stłumione krzyki za ścianą, krzyki i łomotanie krwi w uszach. Chodzi po domu, nie mogąc sobie znaleźć miejsca. Włącza teleściankę, przerzuca presety programów, w zadziwieniu wpatruje się w reality shows jeszcze głupsze niż to co pamięta sprzed odsiadki, programy kulinarne, teleturnieje. Gasi aktywizję, ubiera się, wychodzi.

Marszałkowska jest zatłoczona. Pod estakadą trasy szybkiego ruchu kłębi się ta gorsza część Śródmieścia, pełna cwaniaków, żebraków i lewych interesów. Wzdłuż chodników stoją budki z tanią arabską elektroniką, ciuchami za półdarmo, wątpliwej jakości przysmakami dziesiątek etnicznych kuchni. Ludzie o uważnych oczach stoją za ladą straganów z nieokreślonym barachłem, dziewczyny w króciutkich spódniczkach przechadzają się bez określonego celu, obserwowane głodnym wzrokiem przez turystów. Olga idzie nieśpiesznie przed siebie, rozglądając się wokół, chłonąc atmosferę. Większości znanych jej miejsc już nie ma, ale Podspód pozostał taki sam.

Podchodzi do straganu, podnosi nonejmowy smartfon, przeciera ekran rękawem, ogląda go dokładnie. Pyta sprzedawcy o cenę, ten odpowiada kulawą polszczyzną. Targuje się chwilę, niespiesznie obracając aparat w rękach, przyglądając się widocznemu w odbiciu chłopakowi, którego widzi już trzeci raz dzisiaj. Roztargnionym spojrzeniem błądzi po ludziach dookoła – dwie budki przed nią jego kolega czyta cennik etiopskiej jadłodajni, a robi to tak wnikliwie, jakby widział go pierwszy raz na oczy. Jak na razie nie udało się jej odzyskać sprzętu z żadnej ze skrytek – nic dziwnego, minęło siedem lat – więc jest goła jak turystka. Jeśli młodzi ludzie nie są prywatną inicjatywą, a ktoś ich przysłał, może być źle. Z wystudiowaną nonszalancją przegląda chłam na straganie, znajduje w końcu to czego szuka, patrząc sprzedawcy w oczy upuszcza srebrny łańcuszek pomiędzy poobijaną książkę a odtwarzacz audio. Sprzedawca dyskretnie bierze łańcuszek do ręki, waży go chwilę w dłoni, nieznacznie przymyka oczy w geście aprobaty. Olga sięga po garść kostek pamięci, ogląda je, odkłada. Podniesiony razem z kostkami czeski nóż sprężynowy znikł już w rękawie.

Nasłani czy nie, zostawienie im inicjatywy to marny pomysł. Odwraca się od straganu i zanurza z powrotem w tłum.

The desert lies silent

There is nothing here, just dust. Dust and the wind which moves it.

Just the dunes, empty, slowly moving, slowly shifting.

No living thing under the sky white with heat. No plants, no stones. Nothing. Just dust.

There is no one here. There is no waiting.

There is no road, no shimmering hot air over its black, cracked surface.

Nothing moves, besides the dust and the wind. No convoy slowly makes its way on the uneven road. Nobody there, no watchful guards scanning the ever-shifting dunes, no psykers, looking for the spark of a mind that should not be here. No alarms, no surprises, because no one is here.

There is no launcher, and nobody to raise it. Nobody is looking through the scope, nobody corrects for movement, for wind. No one gently squeezes the trigger. There is no flash, no plume of fire, nothing hurls through the air.

There is no explosion, no twisted wreckage of the luxury car. Nothing happened at all.

There are no shouts, no panicked shots from the guards. No confused psykers looking for a flash of satisfaction, anger, murderous intent, fear, for there are no such things here.

There is no shelter buried in sand. No one is closing the door. Nobody goes into deep trance, there is no mind to clear of anything.

There was no mission to assasinate the Planetary Governor, and there will never have been.

Odzysk

Jestem jednym z tych dziwadeł, którzy w sieciowe gry multiplayer grają solo. Nie to, że nie lubię ludzi, po prostu zamiast strzelać do symulowanych żołnierzy wolę oglądać widoki. Jest coś uspokajającego w przelocie wysoko nad wirtualnym polem walki, gdzie większość graczy nawet mnie nie zauważa, co dopiero mówić o zestrzeleniu. No i w razie potrzeby mogę się bez problemu wylogować.

Tym razem przeszkodził mi tablet.

- fetch quest, pilny, 5k golda + 200xp, t/n? 
- t, gdzie?
- labirynt goblinow, obacz futycz
*[przyjmujesz plik? t/n]*

Akceptuję i po chwili oglądam już zupełnie zwyczajny ursynowski rozbój w biały dzień, filmowany, sądząc po perspektywie, z małej latającej drony. Trzech byków w jaskrawym spandeksie zagaduje gościa, gość próbuje ich wymanewrować. Bezskutecznie. Dwie minuty później leży już zwinięty na chodniku, a typy go obszukują; jeszcze dwie i bokserzy oddalają się, upychając po kieszeniach łup. Ich ofiara rusza się, ale niemrawo.

- to bylo szybkie. kiedy to tak?
- godzine temu. ten na glebie to pocztylion nasz, 
zabrali mu trabke i gizmo, chuj z jego trabka, 
ale gizmo jest z przyszlosci i warte w tube albo zniknac 
jak sen zloty. poucz krojczych, ocal gizmo, profit. 
- co z gonzem?
- pomin, gonzo juz w remoncie.
- gizmo ma smyczke?
- rozumie sie, 0215559886234, wyslij esa "ping", 
bedzie dawac namiar przez trzy kwadranse, "ident on", 
zapali lampke, "goodbye", przeniesie sie do krainy 
wiecznych łowów. unikaj raczej, bo to spektakularna 
opcja. kuma?
- jak zaba.
- no to przepasz swe ledzwia i gotuj sie, cny woju.

No to przepasuję.

[część większej, gotowej całości]

W drodze

Do rzeki dotarli pod wieczór. Obóz rozbili przy brodzie, z dala od nadtopionego krateru, który został po solidnym, jeszcze dwudziestowiecznym moście. Bród wyglądał na bezpieczny, ale Saper chciał go jeszcze obejrzeć przy dziennym świetle: utrata wozu nie była im potrzebna do szczęścia. Mimo samopodgrzewających racji i płyty grzejnej w ciężarówce rozpalili mikroskopijne ognisko, siadając wokół niego w atawistycznej potrzebie ciepła i światła. Jedli w milczeniu, popijając wstrętne wojskowe żarcie wstrętną rozpuszczalną kawą.
Doktor krzywiąc się dopiła kawę, wstała i poszła szukać Dowódcy. Znalazła go nieopodal, nachylonego nad Zwiadowcą, który przepatrywał okolicę ich ostatnią droną.

– Dowódco, mogę na słowo?

Oderwał oczy od ekranu, rzucił dwa słowa Zwiadowcy i ruszyli za ciężarówki, poza światło ogniska.

– Oczekuję wyjaśnień.
– A co tu wyjaśniać? Nie zatrzymujemy się, dla nikogo.
– To jest misja humanitarna, Dowódco, a tam byli ranni cywile. Tam były kobiety i dzieci!
– Pani Doktor, to była misja humanitarna. Skończyła się tydzień temu, kiedy dostaliśmy rozkaz odwrotu. Postanowiła pani, w imieniu swoim i swoich ludzi, jechać z nami. Jeśli chciała pani otaczać lokalnych opieką i troską, trzeba było zostać w Ngorone.
– Doskonale pan wie, co by się z nami stało w Ngorone bez uzbrojonej eskorty. Jestem odpowiedzialna za moich ludzi tak jak pan za swoich.
– W takim razie nie wiem, czemu prowadzimy tę rozmowę.

Doktor zacisnęła pięści.

– Prowadzimy ją, bo uniemożliwia mi pan leczenie ludzi, do cholery! Ja panu nie przeszkadzam robić swojej roboty, uprzejmie proszę o odpłacenie taką samą grzecznością!
– Jak najbardziej mi pani przeszkadza.
– W jaki niby sposób zatrzymanie się na godzinę miałoby w czymkolwiek przeszkodzić?

Dowódca spojrzał na nią, i patrzył dłuższą chwilę.

– Pani Doktor, niezależnie od pani zdania, moją robotą jest dowiezienie nas wszystkich do portu w Agopo. Nie wiem, ile po drodze jest zerwanych mostów i zaminowanych dróg. Nie wiem, kto kontroluje teren między nami a wybrzeżem. Mamy do przejechania czterysta mil, w nieznanym terenie, bez rozpoznania, i mamy na to dziesięć dni. Każdy postój w celu udzielenia pomocy cywilom to czas, którego może nam zabraknąć.
– Czemu akurat dziesięć dni? Jak ruszaliśmy z Ngorone, nie było mowy o żadnym deadline.

Dowódca rozejrzał się i zniżył głos.

– Rozkaz odwrotu dostały wszystkie jednostki. To jest koniec Central Command, wycofujemy się z Afryki – a za dziesięć dni z Agopo odpływa ostatni statek. Ostatni, rozumie pani? Jeśli się na niego spóźnimy, będziemy wracać do Stanów na piechotę.
– Nie wiedziałam.
– Oczywiście. Nie rozpowiadam tego, ludzie są wystarczająco zestresowani. Proszę zatrzymać to dla siebie. Mam nadzieję, że mogę liczyć na pani współpracę?

Doktor skinęła głową. Ruszyli w stronę przygasającego ogniska, z identycznym wyrazem troski na twarzach. Wysoko nad nimi, po niebie w ciszy płynęły radioaktywne chmury.