Stalker

Dzisiaj włożyła workowate spodnie, trampki i tshirt. Piątek, casual friday. Na tshircie hasło “Normal is Boring”; mikrobunt trybika w korporacji, udowadniającego sobie, że jeszcze nie dał się złamać i przemielić. Nie zjadła śniadania, jak zwykle, wypiła tylko kawę. Uzbroiła alarm, wyszła do metra. Ruszyłem za nią, nieprzesadnie blisko. Nie wgapiałem się, nawet nie zatrzymywałem na niej wzroku, trzymałem ją tylko w polu widzenia. Wtopiłem się w tło, wyglądając nieszkodliwie – zwykły gość w drodze do pracy, wzrost przeciętny, znaków szczególnych brak.

Zatłoczony skład metra przeciskał się pod miastem, powietrze lepkie od wyziewów ludzi, którzy używają dezodorantu zamiast mydła. Wagon nas w końcu wyrzygał, wyjechaliśmy nad powierzchnię, ona jednymi schodami, ja drugimi. Wyglądała, jakby chciała wrócić do domu i wejść pod prysznic, normalne po przejeździe metrem w lipcu. Ruszyła do biurowca. Nie miałem wstępu za bramki, więc poszedłem do kawiarni naprzeciwko. Wziąłem kawę i ciastko, usiadłem z tabletem, ot, przedstawiciel klasy próżniaczej lansuje się po taniości w trendnej sieciówce. Na tablecie zamiast pseudopowieści pisarza młodego pokolenia miałem obraz ze skrakowanych kamer CCTV. Patrzyłem, jak idzie przez openspejs zaaranżowany wedle zeszłowiecznych standardów “biura dla dynamicznej, kreatywnej elity”, mija wygłuszone kubikle do “pracy w skupieniu”, wielkie donice z sukulentami i motywacyjne hasła na ścianach.

Nie wiedziałem, nad czym pracuje. Wchodzenie na jej stację roboczą było stanowczo zbyt ryzykowne. Zresztą wiele by mi to nie dało, szczegóły nie na moją głowę. Jest architektem systemowym, po uszy w dewelopmencie semiautonomicznego systemu transakcyjnego. Zrozumiałem tyle, że to bankowe sztuczki, w których siedzą duże pieniądze. Z tego, co widziałem, robota jest stresująca. Zabawne, jak nudno może wyglądać nerwowa praca. Obserwowałem, jak zmaga się z dokumentami, pisze i odpowiada na dziesiątki maili, wykłóca się na zebraniach, w końcu siada znużona w swoim kubiklu i ze zniechęceniem zaczyna klikać w newsfeed. Wykańczała ją ta praca. Ledwie to pomyślałem, tablet zminimalizował okno i wyciągnał na wierzch podgląd jej bloku. Ktoś majstrował przy drzwiach jej mieszkania.

Przełączyłem się na inną kamerę, chciałem mu się lepiej przyjrzeć – ale CCTV w jej budynku pokazywała tylko pusty korytarz. Widziałem faceta tylko na tym, co sam podłożyłem. To nie był przypadkowy włamywacz i najwyraźniej miał wsparcie, dobrze, że nie wycięli mnie z podglądu budynku. Sprzęt miał niezły, jego autowytrych przegryzł się przez krypto drzwi w parę minut. A potem typ mnie zaniepokoił: zamiast wejść do środka i zabrać się za alarm, zamknął drzwi z powrotem. Czyli nie miał w planach zwykłego włamania. Wyszkolony gość, albo cała grupa, chce poczekać, aż ona wróci do domu, a wtedy wejdzie jak do siebie. Nie wyglądało to dobrze, a do tego przecież piątek: gdyby wpadli do niej dziś, mieliby całe dwa dni, zanim ktokolwiek by się zorientował. Siedziałem jak na szpilkach, patrząc, jak typ wychodzi z jej bloku, a na kamery wraca prawdziwy obraz. Nie miałem już czasu nic zrobić – wybiła piąta, korpodrony ruszyły do domów. Nie mogłem jej zgubić.

Machnąłem kartą w stronę bufetu i wmieszałem się w tłum zmierzający do metra. Poniewczasie dotarło do mnie, że jeżeli było ich kilku i planowali akcję na dziś, to w zasięgu wzroku miałem pewnie jednego z nich. Jeśli obserwowali ją od kilku dni, mogli mnie zauważyć. Nic nie mogłem poradzić, nie w tym tłumie. Pozostało mieć nadzieję, że moja zwyczajna twarz wystarczy, żeby nie rzucać się w oczy.

Do jej stacji dojechaliśmy spokojnie. Szedłem kawałek za nią, trzymałem ją na oku. Rozejrzałem się pod blokiem, gdzie przysiąść, żeby przepatrzeć kamery, i dostałem strzałką. Czyli zauważyli mnie wcześniej. Nie wiem, czym była zaprawiona, ale zwaliło mnie z nóg. Młody, wysportowany facet demonstracyjnie zakrzyknął “Halo, proszę pana! Wszystko w porządku?”, przyklęknął obok i dyskretnie przyłożył mi z paralizatora.

Ocknąłem się jakieś pięć minut później, ktoś wnosił mnie do jej mieszkania. Czyli było ich trzech. Ona na fotelu, blada z przerażenia. Jeden odwrócił się do nas, wysoki, szpakowaty – szef.

– Coś tu przywlókł?
– Mówiłem ci, że ma stalkera. Musiałem go zgarnąć, ściągnąłby gliny.
– Dobra, do łazienki i załatw to.

Powlókł mnie do łazienki i przewiesił mnie przez ogromną, na pewno bardzo wygodną wannę. Usłyszałem otwierany nóż. No tak, będzie podrzynanie, chcą ją dodatkowo zmiękczyć odgłosami. Dobrze że zamknął za sobą drzwi.

Nie spodziewał się, że po toksynie ze strzałki poprawionej dwustoma kilowoltami będę stawiał opór. A na pewno nie spodziewał się, że ręka mi spuchnie, a potem zmieni się w pęk macek, które owiną jego dłoń z nożem. Tym, w co zmieniło się moje drugie ramię, sięgnąłem do jego twarzy, ale nie zdążyłem go zatkać w porę – urwany wrzask i chrupot kości musiały ich zaniepokoić. Wyskoczyłem z łazienki, nie bawiąc się w otwieranie drzwi. Ramię porosło mi nieforemną chityną, zupełnie niepotrzebnie, w tej postaci mam zazwyczaj całe dwie sekundy spokoju – zanim ktokolwiek uwierzy w to, co widzi, nie ma już albo mnie, albo jego.

Szef był twardy, zaczął podnosić pistolet. Zawahałem się, ale ona na szczęście zemdlała, więc po prostu ukręciłem mu głowę. Trzeci siedział i trząsł się, już zdążył zwymiotować. Nachyliłem się nad nim, przysuwając, no, twarz, do jego twarzy. Otworzyłem paszczę i wysunąłem rozwidlony język, a gość się osunął. Widziałem to w jakimś starym filmie i pożyczyłem sobie, działa znakomicie. Zadziałałoby jeszcze lepiej, jakbym miał taką drugą małą szczękę w środku, ale nie miałem czasu na szczegóły. Trzej załatwieni, bezpośrednie zagrożenie usunięte, pora się wynosić. Była nadal nieprzytomna, świetnie. Z trupa w łazience ściągnąłem bluzę, bo z moich ciuchów jak zwykle po przemianie tylko spodnie były całe. Zwinąłem macki, wciągnąłem chitynę, założyłem twarz budzącą zaufanie i kucnąłem przed jej fotelem. Ocknęła się dość szybko i rozejrzała w panice.

– Nie zna mnie pani, ale proszę posłuchać – grozi pani śmiertelne niebezpieczeństwo.
– Co się… – kto… – trzech, nie wiem – a potem to… – coś…!
– Tak, ktoś chce panią skrzywdzić, jeszcze nie wiem dlaczego. Jeśli chce pani przeżyć, proszę pójść za mną.

Spojrzała z przerażeniem.

– Proszę, chodźmy już. Może pani zadzwonić na policję, ale czy zdążą przed następnymi? A jeśli to – coś – wróci? Proszę, niech pani pójdzie ze mną.

Pomogłem jej wstać.

– Chodźmy, tędy. Chodźmy.

Ewakuować się, umieścić ją w bezpiecznym miejscu, zorientować się, czemu Maszyna dała mi jej PESEL, kto i czego od niej chce. Potem rozwiązać problem.

Bliskie spotkanie trzeciego stopnia

Rozmowy z policją wymagają pewnego wyczucia, a wyczuciem nie wszystkich obdarzono po równo.

Wiszący sto metrów nad okolicą aerostat wypatrzył nadjeżdzający samochód już pół godziny temu, więc zaskoczenia nie było. Droga była w marnym stanie, więc wóz sunął powoli, omijając dziury; urwanie zawieszenia w tej okolicy oznaczało co najmniej dzień nerwowego oczekiwania na holownik, nawet dla policji. Zanim dotrą do zapory na moście, upłyną jeszcze co najmniej trzy kwadranse, miał czas. Gestem odesłał podgląd z drony do małego okienka w narożniku pola widzenia, kolejnym przywrócił poprzednie zajęcie. Na tle obskurnego wnętrza schronu rozwinęły się schematy decyzyjne, okna konfiguratorów feedbacku, pliki z notatkami; zagłębił się w pracy. Owszem, miał wyczucie, dlatego osada wyznaczyła go na strażnika zapory, ale jego podstawowym zajęciem było nadal projektowanie interfejsów użytkownika.

Technicznie rzecz biorąc, osada istniała całkowicie nielegalnie – zajęli to opuszczone gospodarstwo rolne bez pytania kogokolwiek o zdanie. Nie żeby to miało znaczenie: sądząc po dewastacji, budynki porzucono długo przed powszechną ewakuacją 2021 roku. Dwadzieścia lat później nie zostało z nich wiele ponad betonowe ściany, ale to im wystarczyło. Nikomu tu nie przeszkadzali, w porzuconym zakątku ziemi niczyjej, pomiędzy Puszczą i jej ludożerczymi endemitami a szerokimi polami, patrolowanymi przez drony agrokorporacji czy enklaw. Nikogo też nie obchodziło, co się u nich dzieje; z nielicznymi rajderami czy zgrozą z lasu radzili sobie na własną rękę, a sporadyczne wizyty policji czy wojska przyjmowali życzliwie. Odpowiadało im to, dlatego też ludzi z zewnątrz starali się witać z wyczuciem.

Pora. Zapisał i zamknął projekt, przeciągnął się, wyszedł ze schronu. Kilka chwil później podchodził już do zapory na moście, z szerokim uśmiechem na twarzy, rękoma starannie na widoku, automatem przewieszonym przez plecy.
Policjantów było dwóch, starszy i młodszy – oczywiście. Młodszy trzymał rękę na otwartej kaburze i mierzył go spojrzeniem, które w założeniach miało być groźne, starszy spokojnie lustrował teren wokół.

– Bóg z wami, panowie oficerowie, co sprowadza?
– Dzień dobry, sierżant Bielinek, policja państwowa, rutynowy patrol drogowy, proszę opuścić zaporę – urzędowym tonem odpowiedział młodszy.

Uśmiechnął się szerzej i spojrzał na starszego. Ten przewrócił oczyma i wyszedł zza otwartych drzwi radiowozu.

– Bóg i z tobą, dobry człowieku. Da się tam co zjeść u was?
– A owszem, owszem, panie władzo, wędrowców kuchnia zawsze nakarmi, zwłaszcza urzędowych.
– No to puśćcież, w drodze prepaki tylko, a mi się ckni za domowym.
– Już puszczam, osada dwa kilometry drogą, nie zabłądzicie.
– Dzięki, z Bogiem – odrzekł starszy, wsiadając do wozu.

Zszedł z jezdni, pomanipulował przy zakamuflowanym sterowniku i po chwili kolce rozdzieracza opon chowały się już w betonie mostka. Radiowóz przejechał pod otwierającym się powoli szlabanem i potoczył się drogą, która za mostkiem była wyraźnie w lepszym stanie. Patrząc za samochodem sięgnął po przypiętą do pasa krótkofalówkę, przyłożył ją do ucha. Krótkofalówka była na pokaz, tak samo jak i automat: nie potrzebował przecież ani jednego, ani drugiego.

Ruszył z powrotem do schronu, a w jego głowie z lekkim mrowieniem pojawiła się pewność, że osada już wie o nadjeżdżających gościach. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, policjanci zjedzą, porozmawiają z paroma życzliwymi osobami, pokręcą się chwilę po terenie i pojadą w swoją drogę, odfajkowując w systemie kolejną rutynową wizytę w osadzie na ziemi niczyjej. Jeśli nikt bez wyczucia nie wzbudzi w nich ciekawości, która mogłaby ich zaprowadzić do piwnic, w mrok, w szum zbiorników, w których nanoasemblery fazy mokrej cierpliwie budowały rzeczy, których interfejs użytkownika rozwinął mu się przed oczami, w ciszy obskurnego schronu.

Ryzyko

Masza wchodzi do Soho Clubu, witana jak zwykle przez ciężki bit z nagłośnienia i symbolicznie ubrane kelnerki. Nie zwracając uwagi na wijące się na centralnym podwyższeniu tancerki zmierza w kierunku drzwi na zaplecze, przy których stoi znany jej już przyboczny Rybakowa. Dyskretnie przekazuje mu pistolet i przechodzi. Krótki korytarzyk, na końcu kolejne drzwi. Stuka, wpuszcza ją kolejny ochroniarz: “szef pracuje, musisz chwilę poczekać.”

Rybakow siedzi na kanapie, wodząc rękoma w powietrzu, niewidzące oczy śledzą widziane tylko przez niego kształty. Gdyby nie okulary z projektorem i rękawice, możnaby wziąć go za czubka albo tripującego ćpuna.

– Zaraz z tobą jestem, obsłuż się – rzuca nieobecnym głosem i wskazuje samowar na stole.

Masza nalewa sobie, ukradkiem rozglądając się po pokoju. Rybakow nie zwraca na nią żadnej uwagi, ochroniarz jest tylko jeden, uważny ale spokojny, na podłodze nie ma folii. Siada naprzeciw Rybakowa, pozwalając sobie na dobrze ukryte westchnienie ulgi.

Jest w połowie filiżanki, kiedy mafiozo ściąga okulary, przez chwilę trze zmęczone oczy i skupia wzrok na Maszy. Patrzy na nią chwilę, po czym sięga do nesesera, wyjmuje z niego pistolet, z trzaskiem kładzie go na blacie.

– Co to jest?

Masza powstrzymuje idiotyczną oczywistą odpowiedź, podnosi broń ze stołu. Waży ją w ręku, wyjmuje magazynek, odciąga zamek. Zagląda do komory. Podważa osłonę przed kabłąkiem spustowym, otwiera, zamiera. W luku guncama zamiast standardowej kamery siedzi nadprzewodnikowa mikrobateria i malutki moduł, zrobiony z szarawego metalu. Pochyla lekko pistolet, po metalu przebiegają tęczujące odbłyski, jak po plamie oleju. Ksenostopy. C-tech. Przełyka ślinę, raz, drugi, bardzo uważnie nie sięga do wisiorka na szyi, bardzo uważnie nie rzuca okiem na Rybakowa. Nie wie, co to? Wie i sprawdza ją? Znalazł to w ogóle? Ile mu powiedzieć? Myśląc intensywnie obraca pistolet w dłoniach raz, drugi, oglądając go uważnie. Zwalnia zamek, odbezpiecza, mierzy w doniczkę z fikusem, ściąga spust – nic się nie dzieje. Odkłada broń i bierze głęboki oddech.

– To jest podróba któregoś z mniejszych waltherów, ale zrobiona wyjątkowo porządnie. Nie wiem z czego, ale raczej nie stalowa, bo jest podejrzanie lekka. Niedawno było z niej strzelane, amunicja, na oko, normalne 5,7 milimetra. Ma gunlock, ale zamiast guncama jest coś sporo mocniejszego niż zwykła kamera – może komputer balistyczny, ale jeśli tak to najmniejszy jaki widziałam. Myślę że jakby to rozkręcić całkiem to jeszcze niejedna siurpryza się znajdzie. Fajne żelazo, niepozorne, ale bardzo porządne. Skąd się takie bierze?

– Dowiesz się tego, i zapomnimy o tym nieporozumieniu z czterdziestoma kawałkami.
– A jakieś więcej szczegóły? – Masza unosi brwi pytająco.
– Mieliśmy ostatnio nieproszonego gościa, na którym to znaleźliśmy. Więcej nie potrzebujesz wiedzieć, za powiązaniami typa chodzi już kto inny. Od ciebie potrzebuję analizy tej klamki i ustalenia, kto takie robi.
– Termin?
– Na rozmontowanie broni masz dwa dni, co do pochodzenia – za tydzień-dwa chciałbym już coś od ciebie usłyszeć. Nawet jeśli to będzie tylko “nie mam pojęcia”. To wszystko, działaj.

Masza wstaje i rusza do wyjścia.

– Nie chcę się na tobie drugi raz zawieść.

Zatrzymuje się i spogląda na niego. W końcu rzuca tylko “rozumiem” i wychodzi.

Południe, środek miasta

Dom jest pusty, a jednak pełen odgłosów – zupełnie nie tych, do których Olga przywykła w obozie. Zamiast gwaru osadzonych, pożywiających się w stołówce, szum samochodów za oknami. Zamiast dalekiego wizgu pił, jazgotanie aktywizji za ścianą. Jedyna znajoma rzecz to stłumione krzyki za ścianą, krzyki i łomotanie krwi w uszach. Chodzi po domu, nie mogąc sobie znaleźć miejsca. Włącza teleściankę, przerzuca presety programów, w zadziwieniu wpatruje się w reality shows jeszcze głupsze niż to co pamięta sprzed odsiadki, programy kulinarne, teleturnieje. Gasi aktywizję, ubiera się, wychodzi.

Marszałkowska jest zatłoczona. Pod estakadą trasy szybkiego ruchu kłębi się ta gorsza część Śródmieścia, pełna cwaniaków, żebraków i lewych interesów. Wzdłuż chodników stoją budki z tanią arabską elektroniką, ciuchami za półdarmo, wątpliwej jakości przysmakami dziesiątek etnicznych kuchni. Ludzie o uważnych oczach stoją za ladą straganów z nieokreślonym barachłem, dziewczyny w króciutkich spódniczkach przechadzają się bez określonego celu, obserwowane głodnym wzrokiem przez turystów. Olga idzie nieśpiesznie przed siebie, rozglądając się wokół, chłonąc atmosferę. Większości znanych jej miejsc już nie ma, ale Podspód pozostał taki sam.

Podchodzi do straganu, podnosi nonejmowy smartfon, przeciera ekran rękawem, ogląda go dokładnie. Pyta sprzedawcy o cenę, ten odpowiada kulawą polszczyzną. Targuje się chwilę, niespiesznie obracając aparat w rękach, przyglądając się widocznemu w odbiciu chłopakowi, którego widzi już trzeci raz dzisiaj. Roztargnionym spojrzeniem błądzi po ludziach dookoła – dwie budki przed nią jego kolega czyta cennik etiopskiej jadłodajni, a robi to tak wnikliwie, jakby widział go pierwszy raz na oczy. Jak na razie nie udało się jej odzyskać sprzętu z żadnej ze skrytek – nic dziwnego, minęło siedem lat – więc jest goła jak turystka. Jeśli młodzi ludzie nie są prywatną inicjatywą, a ktoś ich przysłał, może być źle. Z wystudiowaną nonszalancją przegląda chłam na straganie, znajduje w końcu to czego szuka, patrząc sprzedawcy w oczy upuszcza srebrny łańcuszek pomiędzy poobijaną książkę a odtwarzacz audio. Sprzedawca dyskretnie bierze łańcuszek do ręki, waży go chwilę w dłoni, nieznacznie przymyka oczy w geście aprobaty. Olga sięga po garść kostek pamięci, ogląda je, odkłada. Podniesiony razem z kostkami czeski nóż sprężynowy znikł już w rękawie.

Nasłani czy nie, zostawienie im inicjatywy to marny pomysł. Odwraca się od straganu i zanurza z powrotem w tłum.

The desert lies silent

There is nothing here, just dust. Dust and the wind which moves it.

Just the dunes, empty, slowly moving, slowly shifting.

No living thing under the sky white with heat. No plants, no stones. Nothing. Just dust.

There is no one here. There is no waiting.

There is no road, no shimmering hot air over its black, cracked surface.

Nothing moves, besides the dust and the wind. No convoy slowly makes its way on the uneven road. Nobody there, no watchful guards scanning the ever-shifting dunes, no psykers, looking for the spark of a mind that should not be here. No alarms, no surprises, because no one is here.

There is no launcher, and nobody to raise it. Nobody is looking through the scope, nobody corrects for movement, for wind. No one gently squeezes the trigger. There is no flash, no plume of fire, nothing hurls through the air.

There is no explosion, no twisted wreckage of the luxury car. Nothing happened at all.

There are no shouts, no panicked shots from the guards. No confused psykers looking for a flash of satisfaction, anger, murderous intent, fear, for there are no such things here.

There is no shelter buried in sand. No one is closing the door. Nobody goes into deep trance, there is no mind to clear of anything.

There was no mission to assasinate the Planetary Governor, and there will never have been.

Odzysk

Jestem jednym z tych dziwadeł, którzy w sieciowe gry multiplayer grają solo. Nie to, że nie lubię ludzi, po prostu zamiast strzelać do symulowanych żołnierzy wolę oglądać widoki. Jest coś uspokajającego w przelocie wysoko nad wirtualnym polem walki, gdzie większość graczy nawet mnie nie zauważa, co dopiero mówić o zestrzeleniu. No i w razie potrzeby mogę się bez problemu wylogować.

Tym razem przeszkodził mi tablet.

- fetch quest, pilny, 5k golda + 200xp, t/n? 
- t, gdzie?
- labirynt goblinow, obacz futycz
*[przyjmujesz plik? t/n]*

Akceptuję i po chwili oglądam już zupełnie zwyczajny ursynowski rozbój w biały dzień, filmowany, sądząc po perspektywie, z małej latającej drony. Trzech byków w jaskrawym spandeksie zagaduje gościa, gość próbuje ich wymanewrować. Bezskutecznie. Dwie minuty później leży już zwinięty na chodniku, a typy go obszukują; jeszcze dwie i bokserzy oddalają się, upychając po kieszeniach łup. Ich ofiara rusza się, ale niemrawo.

- to bylo szybkie. kiedy to tak?
- godzine temu. ten na glebie to pocztylion nasz, 
zabrali mu trabke i gizmo, chuj z jego trabka, 
ale gizmo jest z przyszlosci i warte w tube albo zniknac 
jak sen zloty. poucz krojczych, ocal gizmo, profit. 
- co z gonzem?
- pomin, gonzo juz w remoncie.
- gizmo ma smyczke?
- rozumie sie, 0215559886234, wyslij esa "ping", 
bedzie dawac namiar przez trzy kwadranse, "ident on", 
zapali lampke, "goodbye", przeniesie sie do krainy 
wiecznych łowów. unikaj raczej, bo to spektakularna 
opcja. kuma?
- jak zaba.
- no to przepasz swe ledzwia i gotuj sie, cny woju.

No to przepasuję.

[część większej, gotowej całości]

W drodze

Do rzeki dotarli pod wieczór. Obóz rozbili przy brodzie, z dala od nadtopionego krateru, który został po solidnym, jeszcze dwudziestowiecznym moście. Bród wyglądał na bezpieczny, ale Saper chciał go jeszcze obejrzeć przy dziennym świetle: utrata wozu nie była im potrzebna do szczęścia. Mimo samopodgrzewających racji i płyty grzejnej w ciężarówce rozpalili mikroskopijne ognisko, siadając wokół niego w atawistycznej potrzebie ciepła i światła. Jedli w milczeniu, popijając wstrętne wojskowe żarcie wstrętną rozpuszczalną kawą.
Doktor krzywiąc się dopiła kawę, wstała i poszła szukać Dowódcy. Znalazła go nieopodal, nachylonego nad Zwiadowcą, który przepatrywał okolicę ich ostatnią droną.

– Dowódco, mogę na słowo?

Oderwał oczy od ekranu, rzucił dwa słowa Zwiadowcy i ruszyli za ciężarówki, poza światło ogniska.

– Oczekuję wyjaśnień.
– A co tu wyjaśniać? Nie zatrzymujemy się, dla nikogo.
– To jest misja humanitarna, Dowódco, a tam byli ranni cywile. Tam były kobiety i dzieci!
– Pani Doktor, to była misja humanitarna. Skończyła się tydzień temu, kiedy dostaliśmy rozkaz odwrotu. Postanowiła pani, w imieniu swoim i swoich ludzi, jechać z nami. Jeśli chciała pani otaczać lokalnych opieką i troską, trzeba było zostać w Ngorone.
– Doskonale pan wie, co by się z nami stało w Ngorone bez uzbrojonej eskorty. Jestem odpowiedzialna za moich ludzi tak jak pan za swoich.
– W takim razie nie wiem, czemu prowadzimy tę rozmowę.

Doktor zacisnęła pięści.

– Prowadzimy ją, bo uniemożliwia mi pan leczenie ludzi, do cholery! Ja panu nie przeszkadzam robić swojej roboty, uprzejmie proszę o odpłacenie taką samą grzecznością!
– Jak najbardziej mi pani przeszkadza.
– W jaki niby sposób zatrzymanie się na godzinę miałoby w czymkolwiek przeszkodzić?

Dowódca spojrzał na nią, i patrzył dłuższą chwilę.

– Pani Doktor, niezależnie od pani zdania, moją robotą jest dowiezienie nas wszystkich do portu w Agopo. Nie wiem, ile po drodze jest zerwanych mostów i zaminowanych dróg. Nie wiem, kto kontroluje teren między nami a wybrzeżem. Mamy do przejechania czterysta mil, w nieznanym terenie, bez rozpoznania, i mamy na to dziesięć dni. Każdy postój w celu udzielenia pomocy cywilom to czas, którego może nam zabraknąć.
– Czemu akurat dziesięć dni? Jak ruszaliśmy z Ngorone, nie było mowy o żadnym deadline.

Dowódca rozejrzał się i zniżył głos.

– Rozkaz odwrotu dostały wszystkie jednostki. To jest koniec Central Command, wycofujemy się z Afryki – a za dziesięć dni z Agopo odpływa ostatni statek. Ostatni, rozumie pani? Jeśli się na niego spóźnimy, będziemy wracać do Stanów na piechotę.
– Nie wiedziałam.
– Oczywiście. Nie rozpowiadam tego, ludzie są wystarczająco zestresowani. Proszę zatrzymać to dla siebie. Mam nadzieję, że mogę liczyć na pani współpracę?

Doktor skinęła głową. Ruszyli w stronę przygasającego ogniska, z identycznym wyrazem troski na twarzach. Wysoko nad nimi, po niebie w ciszy płynęły radioaktywne chmury.

Zima

Nasyp był nierówny i poprzerywany, ale w lesie śnieg leżał po pas. Daleko by nim nie zaszedł. Z linii kolejowej zostały tylko nieregularnie rozrzucone podkłady, natrafia czasem na nie stopą. Brnął przed siebie powolnym rytmem zmęczonego człowieka, bez żadnej myśli w głowie, jego świat ograniczony do następnych dwóch kroków. Co jakiś czas przystawał, poprawial plecak na ramionach i zerkał skośnymi oczyma przez szczelinę w grubym szaliku. Samotny wędrowiec przez bezlitosną syberyjską zimę. Las milczy, wymieciony do czysta mrozem. Drzewa stoją nieruchomo w bezwietrznej pogodzie.

Z mostu zostały betonowe przyczółki i zardzewiała ruina przęsła wmrożona w lód rzeczki. Czepiając się zarośli, zsunął się ostrożnie z nasypu i ruszył w stronę brzegu. Kiedy wyszedł zza osłony nasypu, lekki wiaterek ukąsił go lodowatym zimnem w nieosłonięty skrawek twarzy. Wzdrygnął się, ale mróz to nie powód, żeby się spieszyć. Pośpiech i błąd mogły go tu kosztować życie.

Uważnie sprawdził lód – przy brzegu rzeczka była zmrożona do samego dna, więc na nurcie nie powinno być problemów. Jeszcze raz poprawił plecak i ruszył, na wszelki wypadek ostrożnie stawiając stopy przy zardzewiałym przęśle.

Był w połowie, kiedy w krzakach na drugim brzegu coś zachrupotało. Zdjął wierzchnie rękawice i ściągnął z pleców Mosina, włączając jednocześnie termowizyjny celownik. Podniósł karabin do ramienia i zaczął przepatrywać zarośla, czując twarzą chłód idący od zamka.

Jest – celownik pokazał wielką plamę ciepła. Człowiek nie zdążył się nawet porządnie przestraszyć, kiedy plama poruszyła się i z krzaków wysunął się niedźwiedź.

Powinien spać. Na pewno jest głodny i wściekły. Jak ruszy, to mam jeden strzał – oderwane myśli przebiegły mu przez głowę.

Opuścił karabin i odsłonił twarz.

– Bracie niedźwiedziu, przepuść wędrowca. Ja ci nie wadzę, tak i ty nie wadź mi – starannie składał słowa wymarłego języka.

Stali naprzeciw siebie, człowiek z karabinem i wychudły, zły niedźwiedź.

Pierwszy poruszył się niedźwiedź. Opuścił łeb i spojrzał na człowieka z ukosa.

– Co mi tam, przechodź. Wódkę masz? To zostaw butelkę i zjeżdżaj.

Człowiek przewiesił karabin przez ramię, pogrzebał w plecaku. Podniósł wysoko flaszkę, pokazując ją niedźwiedziowi, i odłożył przy zardzewiałej belce przęsła. Ostrożnie, powoli ruszył w stronę brzegu. Niedźwiedź równie powoli wszedł na lód. Obserwując się wzajemnie, obeszli się wokoło. Człowiek znikł w lesie. Niedźwiedź obejrzał butelkę i zacmokał z zadowoleniem. Utrącił szyjkę o przęsło, wyżłopał całe pół litra jednym haustem. Beknął i ruszył w krzaki.

Tajga milczała.

Złom

– Dobra, pomóżcie mi teraz. Młoda, patrz czy nie ma tu siurpryzy jakiejś.

Irina zagląda w szczelinę między grubą stalową płytą a ścianą, przyświecając sobie latarką. Na ile jest w stanie ocenić, Bessemer nie zostawił tu żadnej pułapki. Niewiele warta ocena, jeśli choć połowa z tego co Olga o nim mówiła jest prawdą. Przełyka ślinę i kiwa głową. Czysto. Jeśli coś przeoczyła…

Jej siostry zapierają się i z wysiłkiem odsuwają płytę od ściany. Zgrzyt niesie się echami po korytarzach, gaśnie w końcu. Za płytą, w ścianie – zardzewiałe, powgniatane drzwi.

– Mój Boże, zamek na klucz. Potrafisz to otworzyć?
– Mogę spróbować – odpowiada Irina z powątpiewaniem.

Wyciąga z kieszeni przybornik z wytrychami, wsuwa jeden do zamka – w tym momencie drzwi otwierają się do wewnątrz, zauważa tylko ruch, zbyt szybki żeby oko mogło nadążyć – niewyraźna postać nieruchomieje w groteskowy kształt cyborga, metalowa pięść gotowa do ciosu, który rozłupie jej siostrze czaszkę.

– Olga.
– Cześć.

Borg puszcza kołnierz jej kurtki, pięść opada. Obraca się ze zgrzytem stawów, chowa się z powrotem w maleńkim pomieszczeniu za drzwiami, siada pod ścianą w uniwersalnej pozie ćpunów i bezdomnych całego świata. Olga wchodzi za nim, kuca obok.

– Co ty tu robisz, człowieku? Co z tobą?

Bessemer rozgląda się po klitce, jakby widział ją pierwszy raz, obiektywy oczu w pozbawionej wyrazu metalowej twarzy.

– Tutaj – tutaj mieszkam.
– Widzę, durniu ty. Czemu, co ci się porobiło?
– Jak cię wsadzili, ukrywałem się. Wtedy, po… wiesz.
– I siedzisz tu siedem lat?!
– Sie…? Nie wiem. Straciłem – rachubę.

Olga kręci głową, na jej twarzy smutek.

– Bessemer, weź się w garść, potrzebuję twojej pomocy. Człowieka szukam, Potiomkina. Pamiętasz Potiomkina?

Borg patrzy na nią niemrugającymi oczyma.

– Daj mi spokój.
– Nu dawaj, nie dam bez ciebie rady. Nawet jak go znajdę, bez ciebie go nie poznam. Skapnie ci coś za to. No?
– Nic mi nie trzeba, wszystko mam.

Irina omiata mikroskopijne pomieszczenie światłem latarki. Blender, tuba pasty odżywczej, martwa żarówka u sufitu, poobijana ładowarka do baterii. To nawet nie bieda, to jest – nie znajduje słowa.

– Wszystko, co tylko mogę chcieć, mam tu – ze stuknięciem puka się w skroń, zabawnie bezsensowny gest u cyborga.
– Olu, od kiedy się widzieliśmy, ja przeżyłem dwieście lat. Pełne przyspieszenie i fantomatyka – i mam w głowie całe światy. Na tak długo jak chcę. Tutaj nie ma nic dla mnie.
– Uciekasz, tak? Świat za ciężki, to dawaj do nory, kable w łeb i praszczaj, rodina? Tak?
– Przecież robisz to samo. Nie oszukasz mnie, widzę to w twoich oczach – borg kładzie dłoń na policzku Olgi, czułym, nie pasującym do chropowatego szarego metalu gestem.

Olga odsuwa się, prawie się przewraca, wstaje.

– Gnij tu sobie, ty… – obraca się na pięcie, wychodzi. Usiłuje trzasnąć drzwiami, zawiasy stawiają opór.

Opiera się plecami o ścianę, chowa twarz w dłoniach. Masza świeci na nią latarką, po chwili zabiera światło w bok.

– Dobra, idziemy. Nic tu po nas.

Ruszają z powrotem przez puste, zaśmiecone korytarze, zostawiając za sobą ciemność i pustkę.

Przebicie

Strona książki rozmywa się, litery znikają w śnieżącej plamie; odruchowo przeciera oczy, ale plama pozostaje. Aura, znowu aura, nadchodzi następny atak migreny. To koniec produktywnego dnia, nic już dzisiaj nie zrobi: pozostaje łyknąć czerwoną kapsułkę i czekać. Może dziś będzie lżej, może odpuści szybko. Może tylko jej się zdaje, że leki przestają działać. Odkłada książkę byle gdzie, szybkim krokiem rusza do kuchni, opakowanie, szklanka, filtrowana woda bez smaku, popić. Ledwo zdąża, ból zaczyna się od nacisku w lewej skroni i narasta, prawie ją oślepiając. Po omacku wraca do pokoju, odkurzacz ledwie zdąża uciec spod nóg. Kładzie się, ostrożnie, jakby była ze szkła. Najważniejsze nie zwymiotować leków.

Następne godziny to wieczność bezruchu i ciemności, oczekiwania na kolejne uderzenie bólu, w ohydnym lepkim pocie, w nadziei że leki wreszcie wejdą, że mdłości trochę odpuszczą, że uda się zasnąć.

Kiedy się budzi, jest już ciemno. Ostrożnie otwiera oczy, obraca nimi. Nic. Powoli przekręca głowę, spodziewając się uderzenia bólu – które nadchodzi, ale słabiutkie, zabawne nieomal. Napotyka wzrok kota; zwierzę ziewa, podnosi się i rusza w stronę kuchni, z obojętnością właściwą dla niemodyfikowanych Felis Catus. Podnosi się także, rusza w stronę łazienki, zrzucając po drodze przepocone ubranie. Nakarmić włochatego drania może za chwilę, prysznic jest ważniejszy.

Długo stoi pod gorącą wodą, czując jak wracają jej siły. Otwiera w końcu oczy, obraca się, zastyga w połowie sięgnięcia po szampon. Na lustrzanym kaflu tuż przed jej twarzą – napis w parze, starannymi drukowanymi literami jej własnego charakteru pisma:

SPALILI CIĘ - 8EDF224597DB1097

Zawrót głowy, prawie traci równowagę, ledwie zdąża uchwycić mocowanie prysznica. Spalona? No to kanał: spalony operator nie ma nic. Nie ma łączności, nie ma respawnów, nie ma kontaktów. Zero możliwości manewru, utyka w życiu, w którym akurat go porzucili. Będzie musiała – gubi wątek, zamiera.

Jaki operator? Jakie respawny? Skąd te myśli? Czyje to myśli?

Przy spaleniu albo zamazują operatora całkiem, albo wrzucają jego wektor osobowości w jakąś skorupę i nakrywają go syntetyczną tożsamością, do odmrożenia jeśli będzie potrzebny. Czasami syntetyk puszcza i wektor się przebija.

Co to jest? Kto to jest? Kim ja jestem?

Ściera parę z lustra, przerażona patrzy w swoje odbicie, nie znajduje w ciemnych oczach żadnej odpowiedzi.

Trzask zamków w drzwiach wejściowych, głos:

– O, wstałaś. Żyjesz? Twój telefon zawiadomił mnie, że znów masz atak…?

Przyszedł, jest, pomoże mi…

Może być cywilem, ale może być prowadzącym dla skorupy. Ostrożnie.

Dwie myśli zderzają się ze zgrzytem. Przez moment stoi w niezdecydowaniu, potem owija się ręcznikiem i wychodzi z łazienki.

 

[zainspirowane tym zdjęciem]