Nazajutrz

Au. Au au. Ciemno i wszystko boli.

Co ja tu robię? Gdzie ja w ogóle jestem?

Macam wokół, coś miękkiego? Materiał? Zasłona? Spada na mnie, oplątuje, miotam się, trafiam w coś łokciem z hukiem, au, kolejna boląca rzecz —
Zdarta z głowy szmata to kurtka, a ja jestem w szafie. W wyjątkowo kretyńskiej pozycji.

Zbieram się do kupy, wypełzam do pokoju. Chcę się podnieść, natychmiast żałuję. Ból głowy wali jak młot, wszystko podchodzi mi do gardła, przełykam ślinę raz, drugi, mdłości mijają.

Wokół — pobojowisko. Rozrzucone ciuchy, chipsy wdeptane w wykładzinę, na stoliku przy łóżku była chyba piramida z butelek. Ich zawartość na ścianie, na podłodze, na narzucie. Pod którą ktoś chrapie.
Światło trochę razi, brnę w stronę drzwi. Aha, łazienka. Może być. Przypinam się wprost do kranu, zimna woda, dużo zimnej wody. Kątem oka widzę ułożonego w wannie osobnika — śpi nakryty dywanikiem. Nie znam człowieka.

Gdzie ja jestem?

Za kolejnymi drzwiami korytarz i schody. Schodząc, sprawdzam kieszenie. Jedna jest lepka, w tym telefon i klucze — z obrzydzeniem wycieram dłoń w spodnie i balustradę. W drugiej podłużny przedmiot z twardego plastiku. Obracam go w dłoni, próbuję dojść, co to jest.

Na parterze wśród przewróconych mebli, stratowanych kubków i innego poimprezowego detrytusu leży rozebrany do pasa koleś. Coś jest z nim nie tak, nie mam pojęcia, co dokładnie. Wstrzymuję oddech i powoli podchodzę. Niby wszystko jest OK, rozebrany, no to rozebrany, było najwyraźniej grubo, odsypia jak wszyscy —

Oczy.
Ma otwarte oczy.

Nerwowo przełykam ślinę, mdłości.
Przykucam, ostrożnie wyciągam rękę, spodziewając się chłodnej, sztywnej skóry —
Podrywa się jak na sprężynach, obraca chyba w locie i rzuca na mnie, przewraca — dociska do podłogi, ręce zaciskają mi się na gardle —

Trzask, zapach ozonu, gościa odrzuca na stół, który łamie się pod nim z łoskotem, co do chuja — nadal ściskam w ręku plastikowy przedmiot. Kciuk trafia na przycisk, wduszam, iskra przeskakuje pomiędzy ledwo widocznymi elektrodami. Trzask taki sam.

Gość podnosi się niezgrabnie, patrzy szeroko otwartymi oczyma podbiegniętymi krwią, rozpędza się — tym razem schodzę mu z drogi. Trafia twarzą w balustradę schodów, od chrzęstu wszystko podchodzi mi do gardła. Krew leje mu się z rozbitego nosa, znów startuje, znów unikam, ślizga się na kanapce, pada, ale teraz doskakuję do niego, zapieram kolanem, przyciskam mu gizmo do karku i trzymam guzik, póki gość nie zwiotczeje.

Rzygam pod schodami.

Jasny chuj, co to w ogóle było?
Impreza imprezą, ale to się kwalifikuje dla glin, wyciągam usyfiony telefon, blokada —
Nie pamiętam, jak zdjąć blokadę. Gapię się w kropki patternu i nie wiem, jak zdjąć blokadę. Właściwie to nie wiem nawet, czy to mój telefon. Sięgam, by przetrzeć twarz — napis na dłoni.

AMNEZJA? 
NIE DZWON NA PSY
555230901
“LETHE”

No zajebiście, to już wszystko wiem. Szkoda, że telefon nadal zablokowany, co za kretynizm.
Znajduję w pokoju jakąś porzuconą komórkę. Wygląda na lekko nadepniętą, ale nie ma blokady. Czujnie zerkam na pozostałych leżących, wybieram numer.

– Halo.
– Yyy. Lethe…?
– Kto… Mak, to ty? Co to za numer?
– Nie wiem, to nie mój aparat. I nie wiem, czy Mak.

Po drugiej stronie przeciągły gwizd.

– No pięknie cię porobiło. Jak sytuacja?
– Jak sytuacja? Co to kurwa za pytanie, budzę się w szafie, w lokalu noc żywych trupów, jakiś zjeb rzuca się na mnie z łapami, żeby nie szokstik, byłoby po mnie, a ten się mnie pyta jak sytuacja! Chuj ci na grób —

W słuchawce śmiech.

– I tobie też dzień dobry. Lethe czy nie Lethe, Mak nadal w formie. Zaraz się po ciebie zbierzemy, ilu tam ich masz? Przetrzymasz kwadrans?

Rozglądam się — nieprzyjemnie nieruchomych imprezowiczów widzę jeszcze trójkę, plus porażony.

– Nie sądzę, może tu zaraz być słabo.
– To weź się gdzieś skitraj, póki nie dotrzemy. Poczyścimy lokal i cię wygarniemy. Pamiętaj znaleźć słuchawę, mam nadzieję, że są nagrania. Kwadrans i jesteśmy.

Rozłącza się.

Wracam na górę, uważnie obchodząc leżących. Nagrania, Lethe — w cudzysłowie — notatki na ręku, zablokowana komórka. Będę się martwić później.
Zamykam za sobą drzwi szafy, wyciszam znaleziony telefon i czekam.

[wrzutki do wrzutni: “Człowiek płci dowolnej budzi się w szafie”]

Advertisements
Posted in PL

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s