Chodź na Pragie, weź tęgą lagie

Mieli przesrane.

Kryli się w budynku nieczynnej stacji benzynowej, dociśnięci sporadycznym ostrzałem Węży, chowających się za wrakami samochodów. Do gąszczu porzuconych ogródków działkowych mieli dwieście metrów kompletnie odkrytej przestrzeni.

Spojrzała na Kiryła, spotkali się wzrokiem.

– Ile?
– Półtora magazynka. Ty?
– Jeden, i dwa do klamki.
– Chujnia.

To miał być zupełnie zwyczajny wypad do dostawcy, obgadać szczegóły zamówienia, przestrzelać prototyp, pogadać. Nie była stąd, więc mimo że przechodziła przez ten kawałek dzielnicy tysiąc razy, umówiła się z przewodnikiem. Nie żeby to się na coś przydało – kiedy na ulicy pojawiły się Węże, Kirył był równie zaskoczony co ona. Jeszcze przedwczoraj rządzili tu Kuzyni Drakuli, z którymi miał układ. Najwyraźniej Prascu potrafi zaskoczyć także stałych mieszkańców.

Za jednym ze spalonych wraków coś się poruszyło. Ostrożnie wyglądając zza futryny, śledziła wzrokiem przemykające sylwetki: kiedy odważniak wyskoczył zza wraku, ruszając sprintem do następnej osłony, poprowadziła go moment i strzeliła. Padł z krzykiem. O ścianę wokół otworu po wybitych drzwiach zastukały kule, skuliła się, mierząc nadal w zawodzącego na betonie Węża. Może któryś z kolegów będzie go ratować.

Kompletny kanał. W końcu się skoordynują i zajdą ich z boku albo po prostu poczekają, aż skończą im się naboje, i wyjmą ich gołymi rękami.

– Osłaniaj mnie – syknął z boku Kirył.
– Co ty… – obróciła się i zaniemówiła na chwilę.

Kirył wyciągnął komórkę.

– Bądź pozdrowiona, Bogurodzico, imię twoje Bogiem sławione…

Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczyma.

Zwariował. Pękła mu żyłka od stresu i rozmawia przez telefon z Matką Boską. Na zewnątrz agresywni idioci, a w środku wariat. Co następne, meteoryt? Drugi najazd kosmitów?

Kirył spojrzał na nią i nie odrywając telefonu od ucha, gwałtownym gestem wskazał jej okno. Obróciła się – szli po nich. Przestawiła automat na ogień ciągły i nacisnęła spust.

Pomiędzy krótkimi seriami słyszała tylko urywki rozmowy Kiryła.

– …wiem, nie odwiedzam, rozumiem że rodzina statku jest ważniejsza…

Dwóch z prawej, obróciła się, jednego dosięgła, drugi się schował –

– …tak, czyszczę duszę, nie bardzo mam jak zrobić zdjęcie teraz…

– zza wraku wychyla się jeden z granatem? butelką? strzeliła, nie trafiła, ale upuścił, błysk, kula ognia i krzyk –

– …dziękuję, Bogurodzico. Apostoł Ludomił? Witaj, tak, brat Kirył…

– trzask iglicy, upuściła automat, wyciągnęła pistolet, strzał, kolejny Wąż na asfalcie –

– Kirył, ogarnij się, klamka mi została!
– Tak Ludomile, wiatru nie ma, nie u nas…

Zginie zaraz, do tego obok idioty.

Zauważyła ruch kątem oka, obróciła się akurat żeby zobaczyć jak Wąż, który miał ją na muszce, padł z głową praktycznie zniesioną przez wielkokalibrowy pocisk. Schowała się za ścianą, spojrzała na Kiryła, który właśnie ostrożnie wyglądał na zewnątrz.

– Co do…

Dotarł do niej daleki odgłos wystrzału.

– Potwierdzam, jeden – co? Tak, zrozumiałem. – Obrócił się do niej. – Przyciśnij ich, niech nie biegają po terenie, bo ich nie sięgnie.

Snajper.

Wbiła ostatni magazynek w pistolet i wychyliła się zza osłony. Węże znalazły się nagle między młotem a kowadłem: z jednej strony wraków widziała ich ona i Kirył, z drugiej – niewidoczny strzelec. Część postanowiła kryć się przed snajperem, część – przed nimi. Zginęli jedni i drudzy.

– Kirył, co to do kurwy nędzy było?!
– No, Węże…
– Doskonale wiesz, o czym mówię, nie szklij mi tu!

Westchnął ciężko.

– To mój zbór.
– Twoje co?
– Zbór, wspólnota. Kościół, no.
– Twój kościół ma pod telefonem snajpera z, niech się zastanowię, pięćdziesiątką?! Co to za kościół?
– Chłyści Izraela Ducha Portu Praskiego.
– Jaja sobie robisz ze mnie?

Wzruszył ramionami. Był śmiertelnie poważny.

– Ja jestem niespecjalnie praktykujący, ale wiesz, obie moje matki… Zbór chroni wiernych, ale wolę im o sobie nie przypominać. Ale, no – szerokim gestem objął okolicę, zrujnowaną stację benzynową, wraki, trupy, dopalający się koktajl Mołotowa.
– No tak. No tak. – Rozejrzała się. Przeszedł po niej dreszcz. – Ten snajper przyśni mi się w nocy. Splat i nie ma głowy, splat i dziura w korpusie. Jeeezu. Obróbmy tychtam i chodźmy, póki się trzymam jakoś.
– Dobra, tylko jest sprawa drobna – odchrząknał nerwowo. – Bym potrzebował się spotkać w sobotę, poszlibyśmy do zboru, na – no, na mszę, powiedzmy.
– Bo? – Spojrzała uważnie.
– Bo, no. Bo tak jakby powiedziałem, że jesteś moją żoną. Inaczej by nie ruszyli palcem. Nie martw się, wszystko ci powiem, co trzeba robić, tylko ten raz, nie musimy mieszkać razem ani nic…

Prascu. Rozumem nie trafisz.

Advertisements
Posted in PL

One thought on “Chodź na Pragie, weź tęgą lagie

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s