Ubój domowy

Wrony otwierały dzioby, ale zamiast krakania wydobywało się z nich idiotyczne, natarczywe buczenie. Patrzyłam na nie z niezrozumieniem przez moment, a potem otworzyłam oczy i buczenie wron zamieniło się w wibrację telefonu, który prawie spadał z szafki przy łóżku. Łapię go w ostatniej chwili, siadam w umownej ciemności mikromieszkania oświetlonego przez uliczne lampy, odbieram.

W słuchawce rozpaczliwy płacz Eli.

Kurwa mać.

– Elu, spokojnie. Spokojnie. Znowu?

Płacz.

– Oddychaj. Wdech, zatrzymaj, wypuść, powtórz. Wdech, zatrzymaj, wypuść.

Docieram do niej w końcu, roztrzęsiona zbiera słowa.

– Spokojnie. Znowu on?
– Tak – nie. Przyszedł pijany i – i znowu był –
– Już do ciebie jadę, gdzie jesteś?
– W domu, ale czekaj –
– U siebie? Jesteś bezpieczna? Gdzie on jest teraz?
– On – on… – rozsypuje się znowu. – Ja go…

Kurwa.

– Cicho. Ela, ani słowa więcej. Rozłącz się, jadę do ciebie. Nic nie rób. Nic!

Nie ma czasu na prysznic, ochlapuję twarz zimną wodą i ubieram się błyskawicznie. Dziś jestem sama, mały fart – nikogo nie muszę wyrzucać z domu, z niczego się tłumaczyć. Ściągam rower z wieszaka i bardzo cicho zamykam drzwi za sobą. Niezbędnik wzięłam, telefon zostaje. Jeśli się mylę, no to przejadę się opłotkami w środku nocy. A jak nie – im mniej zostawię śladów, tym lepiej.

Na zewnątrz zupełnie ciemno, drobny, wkurzający deszcz. Beznadziejna pogoda na rower, ale i dla dron, więc nie narzekam.

Najlepiej powinno być przez Wyspę Opatowicką; na ścieżkach przez śluzy są kamery, ale od kiedy zwinął się tamtejszy park rozrywki, miasto pałuje się z właścicielem terenu o geld na utrzymanie. Póki się wożą, kamery nie działają. Nad wyspą wisi wprawdzie na stałe orbita dron, ale nie w taką pogodę. Dotrę na Krzyki nie dość, że dyskretnie, to jeszcze nie opłacając się cerberom po drodze. Cisnę po mokrych ścieżkach, ledowe lampy odbijają się w kałużach.

Ścieżka na Jazie Opatowickim jest nieoświetlona, majaczą przemykające po niej postacie. Złażę z roweru, wprowadzam go na jaz. Idę ostrożnie, nie podnoszę głowy, nie patrzę na nikogo. Mijają mnie anonimowe postacie, bezkształtne w przeciwdeszczowych płaszczach. Nie chcę niczego o nich wiedzieć ani oni – o mnie. Przecinam wyspę, przechodzę ścieżką nad śluzą i jestem na Krzykach. Stąd mam z siedem kilometrów.

Zatrzymuję się niedaleko domku Eli i sprawdzam czas – czterdzieści minut od telefonu. Najchętniej wbiłabym do niej od razu, ale to byłby głupi błąd. Dlatego stoję w cieniu przy płocie działek i moknę, usiłując wypakować z niezbędnika noktowizor bez przemoczenia wszystkiego w środku. Rozglądam się po okolicy. Mżący zielenią obraz w goglach nie pokazuje nic nadzwyczajnego – żadnych dron, radiowozów czy choćby zainteresowanych sąsiadów. Zupełnie normalna druga w nocy w środku tygodnia. Objeżdżam rząd szeregowców i po paru chwilach stukam do balkonowych drzwi z tyłu domku. Kiedy w końcu mnie wpuszcza, nie muszę pytać: jej szeroko otwarte oczy mówią mi wszystko.

Sadzam ją na stołku w kuchni. Jest cała w sińcach, oko podchodzi opuchlizną. Owijam ją ściągniętą z kanapy narzutą i włączam czajnik.

– Gdzie?

Skinienie w stronę schodów.

– Zaraz wrócę. Posiedź tu, dobrze?

Patrzy nie całkiem przytomnym wzrokiem.

Na piętrze czuć kordytem i przerażeniem. Znajduję go w sypialni. Leży na boku, zaraz za wyłamanymi drzwiami, w wielkiej kałuży krwi. Strzeliła do niego cztery razy, z rozrzutem charakterystycznym dla kogoś trzymającego pistolet po raz pierwszy. Przyglądam się w świetle paluszkowej latarki; nie położyła go od razu, wygląda, jakby wykrwawił się tu powoli.

Wracam do kuchni, zalewam dwie herbaty i siadam obok. Wciskam jej kubek w drżące ręce.

– Dasz radę powiedzieć, co się stało?
– Przyszedł pijany. Chciałam mu – dałam mu jeść i chciałam zejść z oczu, wiesz, jaki on jest, jak wypije…

Był. Jaki on był.

– I co?
– Zjadł dwie łyżki i zaczął krzyczeć, że gówno, że co ja mu tutaj – a co ja mogę? Przepija wszystko, muszę z wafli, a wafle, to sama wiesz – oj, przepraszam…

Macham ręką. Nie ma za co przepraszać, nie wstydzę się życia na przydziałowym żarciu, w odróżnieniu od Elki i naszej matki. Unikam jak mogę, ale jak już się zdarzy, żadna historia.

– Walnął mnie raz, drugi, potem – pas – wiesz, sprzączka… Chciałam się – zasłaniałam – wkurzył się bardziej – ale jak zamknęłam się w sypialni, to dostał szału, walił w drzwi, rozwalił…

Milczy przez chwilę i podnosi na mnie nieopuchnięte oko.

– Tym razem by mnie zabił na pewno, tak teraz myślę.

[część większej, gotowej całości]

Advertisements
Posted in PL

2 thoughts on “Ubój domowy

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s