Przepowiednie

Nie wierzą. Nie wierzą. Są bezpieczni za murem, za drutem, za wieżami, reflektorami, gniazdami karabinów maszynowych. Mają wodę, mają jedzenie, benzynę i naboje. Są bezpieczni. Nie wierzą.

Siedzi w barze, powolnymi ruchami je gęstą zupę. Ciepło wypełnia żołądek. Wokół półnagie dziewczyny rozdają jedzenie, alkohol, uśmiechy i aluzje. Zmęczeni, głodni mężczyźni chłoną je jak gąbki. Postawny facet w ciężkich butach, z czerwoną chustką na szyi zajada ze smakiem hamburgera. Postawny facet w ciężkich butach, z czerwoną chustką na szyi strzela z automatycznego pistoletu, kryjąc się za framugą, a następna kula będzie ostatnia. Jedno z dwóch. Oba. Widzi oba. Rozgląda się. Wysoka brunetka idzie z tacą pełnych szklanek i krzyczy, wciągana do umazanego krwią i popiołem samochodu. Rozgląda się. Widzi wszystkich podwójnie. Widzi bar podwójnie, pełen głosów i muzyki, i pełen ognia. Wstaje i mówi im to, mówi im jak umierają, a oni wyrzucają go na zewnątrz, wylewają jego kubek zupy, biją. Nie wstaje, siedzi cicho. Dokańcza zupę, wychodzi.

Patrzy, jak Hallie drżącymi dłońmi pakuje mały plecak. Wrzuca do środka filtry do maski, apteczkę, suszone mięso. Pudełko z nabojami rozpada się, lądując w środku, kule rozsypują się. Jedna wypada z plecaka, toczy się po podłodze. Podnosi ją, starannie wkłada do kieszeni, słysząc w głowie suchy trzask rewolweru, w którym zabrakło jednego naboju. Omija Hallie, podchodzi do szafki w kącie, wyciąga z niej rozbitą krótkofalówkę, przesuwa palcami po krótkiej, czarnej antenie, chowa ją do swojej torby, do kieszeni w której jest już maść antyseptyczna i wiertarka. Dziewczyna zamyka plecak, dopina kaburę, skinieniem potwierdza, że jest gotowa. Łzy płyną po jej twarzy. Wychodzą w noc.

Pokazują go sobie palcami, kiedy wchodzi do miasta, w znoszonym płaszczu, zdartych butach, wariat z pustyni, dotknięty Wirem, niegroźny, do zignorowania. Ktoś rzuca mu plastikowy żeton, gdy siedzi zmęczony pod ścianą. Ktoś kopie jego plecak, rzeczy wysypują się w pył ulicy, potem kopie jego, wyrywa mu z głowy Antenę, oślepiający ból – więc zbiera swoje rzeczy, wstaje, przenosi się, zanim to się zdarzy. Zdarzyło się już? Właśnie się dzieje? Maca się po głowie, Antena jest, dobrze. Albo była. Albo będzie znów.

Stoi w czystym pokoju, wykręcone ręce bolą. Patrzy na poważnego człowieka o twardym spojrzeniu. Mówi o Prezydencie Młocie. Mówi o jego przepowiedniach. O jego ludziach, o jego motocyklach, o jego groteskach na łańcuchach. Mówi o zagładzie. Mówi wszystko co wie. Mówi o Antenie Krzyku w jego głowie i w swojej. Mówi o prawdzie Wiru. Człowiek o twardych oczach spogląda na niego z pogardą, odprawia go skinieniem, prowadzą go do piwnicy i strzelają w tył głowy. Kiepsko strzelają, wykrwawia się i umiera. Nie mówi o Antenie, mówi że widział hordę Młota – oczyma, mówi o ostatnim ocalałym. Prowadzą go do piwnicy i długo biją, powtarza wszystko. Wyrzucają go na ulicę. Idzie z trudem, wszystko boli. Brunetka przed barem odwraca się z obrzydzeniem i strachem.

Stoi w mroku, na skale nad miastem. Widzi samochody Młota krążące wokół murów, marnujące bezsensownie benzynę, wymieniające strzały z blokhauzami, widzi reflektory, próbujące uchwycić skaczące na wybojach wozy. Wie, że poniżej świateł, poniżej smug pocisków, pełzną Oddani, wlokąc sakwy trotylu. Wie, kiedy wrzucają je w szczeliny strzelnicze, widzi wybuchy, widzi dziury w murach. Słyszy triumfalny ryk silników, gdy wozy ruszają do wyrw na pełnym gazie.

Budzi go ryk Wiru, spływający po krótkim sztyfcie Anteny wprost do mózgu. Nie może się poruszyć, sparaliżowany bólem. Wieczność później dźwięk odpływa, cichnie, pozostaje tylko sugestią, dalekim wyciem silników, przebijającym się przez nocne odgłosy miasta. Próbował. Nie wierzą. Już czas. Wstaje, zatacza się. Rusza w stronę bramy. Zatrzymuje się, spogląda w stronę baru. Staje w drzwiach, rozgląda się, nie wiedząc czego szuka. Widzi Hallie, która będzie patrzeć z nim na umierające miasto. Albo patrzyła. Albo właśnie patrzy.

Mówi spokojnym głosem przez poobijany megafon. Mówi co się stanie. Mówi o Prezydencie Młocie, o jego fanatycznej hordzie, o ogniu, o krwi. O górze czaszek na środku placu, tu gdzie stoi. Nie wierzą. Plują. Rzucają kamieniami. Zawsze rzucają. Nie ma takich słów, od których by nie rzucali. Nie tu. Nie oni. Nie teraz. Ale musi mówić. Antena Krzyku każe. Musi mówić. Mówi.

Siedzi przed barem, w pyle, słońce razi nawet przez zamknięte oczy. Wir wyje w jego głowie. Wysoka brunetka pali papierosa i podrzuca żeton. Orły. Głowy. Głowy. Głowy. Orły. Orły. Głowy. Orły. Patrzy na niego zaskoczona. Mówił na głos. Otwiera oczy, spotykają się spojrzeniami. Podrzuca jeszcze raz. Głowy. Skąd wie? Widzi. Antena. Obrazy. Ona spogląda z obawą i jednocześnie płacze, patrząc ze skał na płonące miasto. Inaczej. Inaczej. Jest inaczej. Stoi obok. Miasto umiera, a ona stoi obok. Jest inaczej. Hallie. Ma na imię Hallie. Wie to. Powiedziała mu, kiedy mu uwierzyła. Patrzy na jej wyciągniętą rękę.

– Jestem Hallie.

Advertisements
Posted in PL

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s