Death Race 2045

– Prawo piętnaście, sto trzydzieści, potem długa prosta!

Kierowca odbił w lewo, zdjął nogę z gazu, wóz wszedł w łuk, wyjąc oponami. W szczycie łuku docisnął pedał do oporu, przepustnice dwóch gaźników otwarły się na oścież, z rykiem antycznego V8 ford skoczył do przodu. Kierowca rzucił okiem w lusterko.

– Jeszcze ich nie ma, status?
– Olej dwa, mina jedna, kolce puste, na dronę –
– Za szybko. Sięgniesz ich stąd?
– Zobaczymy, jak wyjdą z zakrętu.

Skupił się na nawierzchni przed nimi – przy tej prędkości jedna wyrwa i będzie po nich. Pilot wbijał wzrok w ekran pancernego portabla.

– Są, mam sygnał, macają nam honeypota –
– Rób, nie gadaj.

W lusterku zapłonęły ksenony drugiego samochodu, fotochromy momentalnie ściemniały. Kierowca odchylił boczne lusterka, nie chciał ryzykować laserowego oślepiacza prosto w oczy. Przez ryk silnika przebiło się kilka stuknięć.

– Kaem, patrzcie ich. Jak tam?
– Myślą że siedzą w naszym wspomaganiu, nuby, a to ja wlazłem do nich. Patrz teraz.

Pilot triumfalnie nacisnął klawisz – i samochód za nimi zarzucił, a potem przekoziołkował.

– Welcome to the jungle, baby! Blokada lewych hamulców przy dwustu i żegnam panów! Kocham drive-by-wire!
– Pięknie, oklaski, co jest przed nami?
– Pięć do wybuchowiska w Parzęczewie, potem czterdzieści do mety. Proponuję na pełnej kurwie przez wybuchowisko albo na przełaj dookoła miasteczka.
– Na przełaj odpada, mamy złe kapcie, a niedawno lało, utkniemy w polu. Musimy przez wybuchowisko. Zwiad?
– Zwolnij, podniosę biedronkę.

Kierowca zredukował bieg. Przez klapę w dachu wyskoczył mały bezpilotowiec, zakołysał się i odleciał w stronę miasteczka, wyprzedzając samochód.

– Dobra, jestem nad miastem – odezwał sie Pilot. – Wygląda dobrze, dobrze, ups, nie. Wybuchowisko pozmieniane.
– Świeże?
– No idea, z góry chuj widać.
– IR?
– Ciemno. Nikogo albo stoją we mrozie.
– Chuj, nie mamy czasu czekać, aż im sie mróz skończy. Jedziemy na durch, daj podgląd na huda.

Na przedniej szybie pojawił się zielono mżący obraz z unoszącej się nad miasteczkiem drony.

– Kto przed nami?
– Ruska i Płachtę widzieliśmy przed Dużym Lasem, ci w zielonym bmw wylecieli na Patelni, Dużego Michała spłaszczyliśmy w Małym Lesie, ten płonący wrak to był chyba Misiek, Rudej i Widelcowi zwialiśmy, pastuchy w audi były przed chwilą…
– Zostaje Mały Michał – i Otto.

Zamilkli.

– Kuurwa. Jak Otto zaczaił się na wybuchowisku…
– Oddychaj. Zejdź niżej kopterem, obczaj ulice, powkurwiaj. Mały Michał ma świeżego pilota, może puszczą mu nerwy. Jak nie, to może kolce wypatrzymy.
– Dobra, działam.

Obraz na hudzie wariował zgodnie z manewrami drony. Jechali przed siebie, w kabinie było słychać tylko silnik.

– Nic, zostało trzydzieści procent prądu i nadal latam.
– Wracaj, nic już nie wymodzimy, Parzęczew wita.
– Jak jedziemy, gruzem czy czystym?
– Po minach czy w zasadzkę? Chuj, jedźmy czystym. Finta w fincie.

Wsunęli się między opuszczone budynki. Wóz sunął naprzód, Pilot i Kierowca rozglądali się uważnie. Spięci, starali się zachować zimną krew. Wyjechali na najszerszą ulicę miasteczka.

– Wybuchowisko, uważaj teraz.
– Cicho.

Jechali wolno, z nerwami napiętymi jak postronki, wypatrując podejrzanych pudełek, błysku optyki w oknie, promienia laserowego celownika. Pod kołami od czasu do czasu zgrzytnął żwir albo zachrupotał zabłąkany śmieć, ale jezdnia była czysta. Ulica rozszerzała się przed nimi – zbliżali się do rynku. Kierowca wcisnął gaz, wóz przyspieszył z piskiem opon.

– Co…?
– Nie lubię być przewidywalny.

Wyskoczyli na plac z rykiem silnika i dlatego pierwsza rakieta ich minęła. Pilot wrzasnął zaskoczony, przebiegł palcami po klawiaturze, odpalił ogłupiacze. Gnali przez rynek, zostawiając za sobą kotłującą się chmurę pasków folii i oślepiające magnezowe flary. Z bocznej ulicy wystrzeliła smuga kolejnej rakiety, a zaraz za nią czarny mercedes W124.

– Kurwa, Otto?
– Nie, dzieciątko Jezus, trzymaj się!

Weszli w zakręt poślizgiem, chowając się w ostatniej chwili – rakieta rozerwała się na pordzewiałych resztkach lancera zawieszonych na szykanie. Mercedes był zaraz za nimi.

– Trzymaj flary, w zakrętach nie będzie strzelał.

Gnali przez wybuchowisko, z piskiem opon omijając wraki poprzedników, słupy i betonowe bariery przed urzędem gminy. Wyskoczyli na prostą wychodzącą z miasta – Pilot i Otto odpalili w tym samym momencie, ale flary nie zdążyły się oddalić i rakiety detonowały tuż przy wozie. Fordem zarzuciło, otarł się burtą o wrak gimbusa, ale jechali dalej.

– Status!
– Jestem cały, olej poszedł, kolców nie ma, wyrzutnik min się zaciął.
– Dobrze, kurwa, załatwimy to oldskulowo – warknął kierowca. – Bierz granatnik.

Advertisements
Posted in PL

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s