Stalker

Dzisiaj włożyła workowate spodnie, trampki i tshirt. Piątek, casual friday. Na tshircie hasło “Normal is Boring”; mikrobunt trybika w korporacji, udowadniającego sobie, że jeszcze nie dał się złamać i przemielić. Nie zjadła śniadania, jak zwykle, wypiła tylko kawę. Uzbroiła alarm, wyszła do metra. Ruszyłem za nią, nieprzesadnie blisko. Nie wgapiałem się, nawet nie zatrzymywałem na niej wzroku, trzymałem ją tylko w polu widzenia. Wtopiłem się w tło, wyglądając nieszkodliwie – zwykły gość w drodze do pracy, wzrost przeciętny, znaków szczególnych brak.

Zatłoczony skład metra przeciskał się pod miastem, powietrze lepkie od wyziewów ludzi, którzy używają dezodorantu zamiast mydła. Wagon nas w końcu wyrzygał, wyjechaliśmy nad powierzchnię, ona jednymi schodami, ja drugimi. Wyglądała, jakby chciała wrócić do domu i wejść pod prysznic, normalne po przejeździe metrem w lipcu. Ruszyła do biurowca. Nie miałem wstępu za bramki, więc poszedłem do kawiarni naprzeciwko. Wziąłem kawę i ciastko, usiadłem z tabletem, ot, przedstawiciel klasy próżniaczej lansuje się po taniości w trendnej sieciówce. Na tablecie zamiast pseudopowieści pisarza młodego pokolenia miałem obraz ze skrakowanych kamer CCTV. Patrzyłem, jak idzie przez openspejs zaaranżowany wedle zeszłowiecznych standardów “biura dla dynamicznej, kreatywnej elity”, mija wygłuszone kubikle do “pracy w skupieniu”, wielkie donice z sukulentami i motywacyjne hasła na ścianach.

Nie wiedziałem, nad czym pracuje. Wchodzenie na jej stację roboczą było stanowczo zbyt ryzykowne. Zresztą wiele by mi to nie dało, szczegóły nie na moją głowę. Jest architektem systemowym, po uszy w dewelopmencie semiautonomicznego systemu transakcyjnego. Zrozumiałem tyle, że to bankowe sztuczki, w których siedzą duże pieniądze. Z tego, co widziałem, robota jest stresująca. Zabawne, jak nudno może wyglądać nerwowa praca. Obserwowałem, jak zmaga się z dokumentami, pisze i odpowiada na dziesiątki maili, wykłóca się na zebraniach, w końcu siada znużona w swoim kubiklu i ze zniechęceniem zaczyna klikać w newsfeed. Wykańczała ją ta praca. Ledwie to pomyślałem, tablet zminimalizował okno i wyciągnał na wierzch podgląd jej bloku. Ktoś majstrował przy drzwiach jej mieszkania.

Przełączyłem się na inną kamerę, chciałem mu się lepiej przyjrzeć – ale CCTV w jej budynku pokazywała tylko pusty korytarz. Widziałem faceta tylko na tym, co sam podłożyłem. To nie był przypadkowy włamywacz i najwyraźniej miał wsparcie, dobrze, że nie wycięli mnie z podglądu budynku. Sprzęt miał niezły, jego autowytrych przegryzł się przez krypto drzwi w parę minut. A potem typ mnie zaniepokoił: zamiast wejść do środka i zabrać się za alarm, zamknął drzwi z powrotem. Czyli nie miał w planach zwykłego włamania. Wyszkolony gość, albo cała grupa, chce poczekać, aż ona wróci do domu, a wtedy wejdzie jak do siebie. Nie wyglądało to dobrze, a do tego przecież piątek: gdyby wpadli do niej dziś, mieliby całe dwa dni, zanim ktokolwiek by się zorientował. Siedziałem jak na szpilkach, patrząc, jak typ wychodzi z jej bloku, a na kamery wraca prawdziwy obraz. Nie miałem już czasu nic zrobić – wybiła piąta, korpodrony ruszyły do domów. Nie mogłem jej zgubić.

Machnąłem kartą w stronę bufetu i wmieszałem się w tłum zmierzający do metra. Poniewczasie dotarło do mnie, że jeżeli było ich kilku i planowali akcję na dziś, to w zasięgu wzroku miałem pewnie jednego z nich. Jeśli obserwowali ją od kilku dni, mogli mnie zauważyć. Nic nie mogłem poradzić, nie w tym tłumie. Pozostało mieć nadzieję, że moja zwyczajna twarz wystarczy, żeby nie rzucać się w oczy.

Do jej stacji dojechaliśmy spokojnie. Szedłem kawałek za nią, trzymałem ją na oku. Rozejrzałem się pod blokiem, gdzie przysiąść, żeby przepatrzeć kamery, i dostałem strzałką. Czyli zauważyli mnie wcześniej. Nie wiem, czym była zaprawiona, ale zwaliło mnie z nóg. Młody, wysportowany facet demonstracyjnie zakrzyknął “Halo, proszę pana! Wszystko w porządku?”, przyklęknął obok i dyskretnie przyłożył mi z paralizatora.

Ocknąłem się jakieś pięć minut później, ktoś wnosił mnie do jej mieszkania. Czyli było ich trzech. Ona na fotelu, blada z przerażenia. Jeden odwrócił się do nas, wysoki, szpakowaty – szef.

– Coś tu przywlókł?
– Mówiłem ci, że ma stalkera. Musiałem go zgarnąć, ściągnąłby gliny.
– Dobra, do łazienki i załatw to.

Powlókł mnie do łazienki i przewiesił mnie przez ogromną, na pewno bardzo wygodną wannę. Usłyszałem otwierany nóż. No tak, będzie podrzynanie, chcą ją dodatkowo zmiękczyć odgłosami. Dobrze że zamknął za sobą drzwi.

Nie spodziewał się, że po toksynie ze strzałki poprawionej dwustoma kilowoltami będę stawiał opór. A na pewno nie spodziewał się, że ręka mi spuchnie, a potem zmieni się w pęk macek, które owiną jego dłoń z nożem. Tym, w co zmieniło się moje drugie ramię, sięgnąłem do jego twarzy, ale nie zdążyłem go zatkać w porę – urwany wrzask i chrupot kości musiały ich zaniepokoić. Wyskoczyłem z łazienki, nie bawiąc się w otwieranie drzwi. Ramię porosło mi nieforemną chityną, zupełnie niepotrzebnie, w tej postaci mam zazwyczaj całe dwie sekundy spokoju – zanim ktokolwiek uwierzy w to, co widzi, nie ma już albo mnie, albo jego.

Szef był twardy, zaczął podnosić pistolet. Zawahałem się, ale ona na szczęście zemdlała, więc po prostu ukręciłem mu głowę. Trzeci siedział i trząsł się, już zdążył zwymiotować. Nachyliłem się nad nim, przysuwając, no, twarz, do jego twarzy. Otworzyłem paszczę i wysunąłem rozwidlony język, a gość się osunął. Widziałem to w jakimś starym filmie i pożyczyłem sobie, działa znakomicie. Zadziałałoby jeszcze lepiej, jakbym miał taką drugą małą szczękę w środku, ale nie miałem czasu na szczegóły. Trzej załatwieni, bezpośrednie zagrożenie usunięte, pora się wynosić. Była nadal nieprzytomna, świetnie. Z trupa w łazience ściągnąłem bluzę, bo z moich ciuchów jak zwykle po przemianie tylko spodnie były całe. Zwinąłem macki, wciągnąłem chitynę, założyłem twarz budzącą zaufanie i kucnąłem przed jej fotelem. Ocknęła się dość szybko i rozejrzała w panice.

– Nie zna mnie pani, ale proszę posłuchać – grozi pani śmiertelne niebezpieczeństwo.
– Co się… – kto… – trzech, nie wiem – a potem to… – coś…!
– Tak, ktoś chce panią skrzywdzić, jeszcze nie wiem dlaczego. Jeśli chce pani przeżyć, proszę pójść za mną.

Spojrzała z przerażeniem.

– Proszę, chodźmy już. Może pani zadzwonić na policję, ale czy zdążą przed następnymi? A jeśli to – coś – wróci? Proszę, niech pani pójdzie ze mną.

Pomogłem jej wstać.

– Chodźmy, tędy. Chodźmy.

Ewakuować się, umieścić ją w bezpiecznym miejscu, zorientować się, czemu Maszyna dała mi jej PESEL, kto i czego od niej chce. Potem rozwiązać problem.

Advertisements
Posted in PL

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s