Zima

Nasyp był nierówny i poprzerywany, ale w lesie śnieg leżał po pas. Daleko by nim nie zaszedł. Z linii kolejowej zostały tylko nieregularnie rozrzucone podkłady, natrafia czasem na nie stopą. Brnął przed siebie powolnym rytmem zmęczonego człowieka, bez żadnej myśli w głowie, jego świat ograniczony do następnych dwóch kroków. Co jakiś czas przystawał, poprawial plecak na ramionach i zerkał skośnymi oczyma przez szczelinę w grubym szaliku. Samotny wędrowiec przez bezlitosną syberyjską zimę. Las milczy, wymieciony do czysta mrozem. Drzewa stoją nieruchomo w bezwietrznej pogodzie.

Z mostu zostały betonowe przyczółki i zardzewiała ruina przęsła wmrożona w lód rzeczki. Czepiając się zarośli, zsunął się ostrożnie z nasypu i ruszył w stronę brzegu. Kiedy wyszedł zza osłony nasypu, lekki wiaterek ukąsił go lodowatym zimnem w nieosłonięty skrawek twarzy. Wzdrygnął się, ale mróz to nie powód, żeby się spieszyć. Pośpiech i błąd mogły go tu kosztować życie.

Uważnie sprawdził lód – przy brzegu rzeczka była zmrożona do samego dna, więc na nurcie nie powinno być problemów. Jeszcze raz poprawił plecak i ruszył, na wszelki wypadek ostrożnie stawiając stopy przy zardzewiałym przęśle.

Był w połowie, kiedy w krzakach na drugim brzegu coś zachrupotało. Zdjął wierzchnie rękawice i ściągnął z pleców Mosina, włączając jednocześnie termowizyjny celownik. Podniósł karabin do ramienia i zaczął przepatrywać zarośla, czując twarzą chłód idący od zamka.

Jest – celownik pokazał wielką plamę ciepła. Człowiek nie zdążył się nawet porządnie przestraszyć, kiedy plama poruszyła się i z krzaków wysunął się niedźwiedź.

Powinien spać. Na pewno jest głodny i wściekły. Jak ruszy, to mam jeden strzał – oderwane myśli przebiegły mu przez głowę.

Opuścił karabin i odsłonił twarz.

– Bracie niedźwiedziu, przepuść wędrowca. Ja ci nie wadzę, tak i ty nie wadź mi – starannie składał słowa wymarłego języka.

Stali naprzeciw siebie, człowiek z karabinem i wychudły, zły niedźwiedź.

Pierwszy poruszył się niedźwiedź. Opuścił łeb i spojrzał na człowieka z ukosa.

– Co mi tam, przechodź. Wódkę masz? To zostaw butelkę i zjeżdżaj.

Człowiek przewiesił karabin przez ramię, pogrzebał w plecaku. Podniósł wysoko flaszkę, pokazując ją niedźwiedziowi, i odłożył przy zardzewiałej belce przęsła. Ostrożnie, powoli ruszył w stronę brzegu. Niedźwiedź równie powoli wszedł na lód. Obserwując się wzajemnie, obeszli się wokoło. Człowiek znikł w lesie. Niedźwiedź obejrzał butelkę i zacmokał z zadowoleniem. Utrącił szyjkę o przęsło, wyżłopał całe pół litra jednym haustem. Beknął i ruszył w krzaki.

Tajga milczała.

Advertisements
Posted in PL

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s