Złom

– Dobra, pomóżcie mi teraz. Młoda, patrz czy nie ma tu siurpryzy jakiejś.

Irina zagląda w szczelinę między grubą stalową płytą a ścianą, przyświecając sobie latarką. Na ile jest w stanie ocenić, Bessemer nie zostawił tu żadnej pułapki. Niewiele warta ocena, jeśli choć połowa z tego co Olga o nim mówiła jest prawdą. Przełyka ślinę i kiwa głową. Czysto. Jeśli coś przeoczyła…

Jej siostry zapierają się i z wysiłkiem odsuwają płytę od ściany. Zgrzyt niesie się echami po korytarzach, gaśnie w końcu. Za płytą, w ścianie – zardzewiałe, powgniatane drzwi.

– Mój Boże, zamek na klucz. Potrafisz to otworzyć?
– Mogę spróbować – odpowiada Irina z powątpiewaniem.

Wyciąga z kieszeni przybornik z wytrychami, wsuwa jeden do zamka – w tym momencie drzwi otwierają się do wewnątrz, zauważa tylko ruch, zbyt szybki żeby oko mogło nadążyć – niewyraźna postać nieruchomieje w groteskowy kształt cyborga, metalowa pięść gotowa do ciosu, który rozłupie jej siostrze czaszkę.

– Olga.
– Cześć.

Borg puszcza kołnierz jej kurtki, pięść opada. Obraca się ze zgrzytem stawów, chowa się z powrotem w maleńkim pomieszczeniu za drzwiami, siada pod ścianą w uniwersalnej pozie ćpunów i bezdomnych całego świata. Olga wchodzi za nim, kuca obok.

– Co ty tu robisz, człowieku? Co z tobą?

Bessemer rozgląda się po klitce, jakby widział ją pierwszy raz, obiektywy oczu w pozbawionej wyrazu metalowej twarzy.

– Tutaj – tutaj mieszkam.
– Widzę, durniu ty. Czemu, co ci się porobiło?
– Jak cię wsadzili, ukrywałem się. Wtedy, po… wiesz.
– I siedzisz tu siedem lat?!
– Sie…? Nie wiem. Straciłem – rachubę.

Olga kręci głową, na jej twarzy smutek.

– Bessemer, weź się w garść, potrzebuję twojej pomocy. Człowieka szukam, Potiomkina. Pamiętasz Potiomkina?

Borg patrzy na nią niemrugającymi oczyma.

– Daj mi spokój.
– Nu dawaj, nie dam bez ciebie rady. Nawet jak go znajdę, bez ciebie go nie poznam. Skapnie ci coś za to. No?
– Nic mi nie trzeba, wszystko mam.

Irina omiata mikroskopijne pomieszczenie światłem latarki. Blender, tuba pasty odżywczej, martwa żarówka u sufitu, poobijana ładowarka do baterii. To nawet nie bieda, to jest – nie znajduje słowa.

– Wszystko, co tylko mogę chcieć, mam tu – ze stuknięciem puka się w skroń, zabawnie bezsensowny gest u cyborga.
– Olu, od kiedy się widzieliśmy, ja przeżyłem dwieście lat. Pełne przyspieszenie i fantomatyka – i mam w głowie całe światy. Na tak długo jak chcę. Tutaj nie ma nic dla mnie.
– Uciekasz, tak? Świat za ciężki, to dawaj do nory, kable w łeb i praszczaj, rodina? Tak?
– Przecież robisz to samo. Nie oszukasz mnie, widzę to w twoich oczach – borg kładzie dłoń na policzku Olgi, czułym, nie pasującym do chropowatego szarego metalu gestem.

Olga odsuwa się, prawie się przewraca, wstaje.

– Gnij tu sobie, ty… – obraca się na pięcie, wychodzi. Usiłuje trzasnąć drzwiami, zawiasy stawiają opór.

Opiera się plecami o ścianę, chowa twarz w dłoniach. Masza świeci na nią latarką, po chwili zabiera światło w bok.

– Dobra, idziemy. Nic tu po nas.

Ruszają z powrotem przez puste, zaśmiecone korytarze, zostawiając za sobą ciemność i pustkę.

Advertisements

2 thoughts on “Złom

  1. Cholernie dobre pytanie – “prawdziwy świat, prawdziwe życie”, to takie piękne i słuszne i właściwe – co nie? Ale to życie ma swoją długość, ograniczoną właściwościami materiału – czy te dwieście lat symulowanego, które odczuwam tak samo, jak prawdziwe to nie jest dobry deal?
    Kiedyś myślałem, że nie. Kiedyś myślałem, że jestem nieśmiertelny.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s