Dobranoc, Warszawo

Sobota, trzecia w nocy, w BulBulwarze jest pełno.

Pub crawl zaprowadził nas nad Wisłę, do pierwszej z brzegu plenerowej knajpy nad wodą. Świętujemy koniec sesji egzaminacyjnej – wygrani i przegrani piją po równo. Wszyscy jesteśmy wcięci, chłopaki wymachują browarami, opowiadając niestworzone historie laskom, które poznaliśmy po drodze. Staram się być tak samo głośny, tak samo entuzjastyczny i tak samo nieskoordynowany jak oni, nadrabiając braki w upojeniu wątpliwym talentem aktorskim. Mam silne wrażenie, że jedna z towarzyszących nam dziewczyn jest równie mało pijana jak i ja. Staram się nie przyglądać się zbyt natarczywie, po chwili dociera do mnie że I’m doing it wrong – nie ma nic podejrzanego w podciętym kolesiu gapiącym się na przyjazną, równie podciętą laskę.

Przekombinowywuję. To ze stresu.

Dzisiaj jest wielki dzień, Dzień D, The Vanishing Act, dzisiaj znikam z Warszawy. Nie byłem wystarczająco przewidujący – wystarczająco paranoiczny, niech będzie – i zacząłem się organizować dopiero kiedy się zorientowałem że koło mnie łażą. Zajęło mi to prawie miesiąc, a miesiąc spodziewania się smutnych to nie na moje nerwy. Jeśli laska jest tu służbowo… Jeśli mnie złapią tuż przed linią mety to będę się długo śmiał, przez całą drogę do Szurpił. Aresztowanie w miejscu publicznym nie jest w stylu UOPu, ale to nie musi być UOP, bo w sumie nie wiem kto za mną chodzi. Jak mi spadła liczba klientów, nie przejąłem się zbytnio. Zaraz potem człowiek zrobił mi awanturę o backdoory w towarze, co było oczywistą brednią – nie robię ludzi w trąbę, interes na tym cierpi. Awantura awanturą, ale towar faktycznie był 0wn3d, a to zły znak: przejęcia sensorium półautonomicznego roju mikrodron nie robi się rootkitem ściągniętym z warezów. Klient miał kłopot z federalnymi, nie z konkurencją, co oznaczało że moim skromnym kramikiem zainteresowały się organy, a od tego już tylko kroczek do wysokiego C.

Nonszalancko sprawdzam godzinę – już prawie pora.

Zaraz po tej akcji wypchnąłem poprawiony firmware do dron i zacząłem się zwijać. Powinienem był mieć plan B gotów od początku: organizowanie wszystkiego na ostatnią chwilę zeżarło mi znaczną część geldu i reputacji. Geld olewam, i tak go nie zabiorę, ale rep hit był bolesny. Zabezpieczyłem trudno przenośny sprzęt, łatwo przenośny zwinąłem w elegancki bug-out bag do którego nie zamierzam nawet się zbliżać, wysnułem odpowiednio prawdopodobną legendę o zaległej racie pożyczki od Pana Dymitra i zacząłem się mało subtelnie dopytywać o kontakty w Posen. Oficjalnej tożsamości nie zamierzam nawet próbować zwijać, dla “kolegów” ze studiów po prostu się rozpłynę w powietrzu.

No, czas ruszać.
Chwiejnie podnoszę się z rozchwierutanej ławki, mówię coś co i tak ginie w afrobicie dającym z głośników i oddalam się w stronę baru. Przeciskam się przez tłum, sterczę przez chwilę przy barze, biorę browara. Szukając po kieszeniach ibeka, wyciągam telefon i odkładam go na chwilę na bar, macham ibekiem w stronę kasy, po kilku próbach maszyny się łączą, niezgrabnie potwierdzam transakcję. Chowam kartę, biorę piwo, dyskretnie rzucam okiem: telefon już znikł. So far so good. Wychodzę bocznym wyjściem, udaję się do rzędu tojtojek. Wchodzę do trzeciego od lewej, chwila prawdy – ale nie, tuba ze sprzętem tkwi przymocowana przylepcem za załomem sufitu śmierdzącej kabinki, kurier nie zawiódł. Wyciągam i przeglądam manatki, niczego nie brakuje. Opóźniacz świecy dymnej ustawiam na trzy minuty i odkładam ją, razem z moim ibekiem, za ten sam załom. Ustawionym na pełną moc odpluskwiaczem przejeżdżam po sobie, tubie i sprzęcie, bezpowrotnie smażąc całą elektronikę. Resztę rzeczy zgarniam z powrotem do tuby, utykam ją pod kurtką i wychodzę.

Robię może trzy kroki, a potem robi się jasno jak w dzień. “POLICJA, ZACHOWAĆ SPOKÓJ.” Od ryku LRADa dzwonią mi plomby w zębach.
Podnoszę głowę – policyjne drony rzucają kilkanaście snopów światła na cały BulBulwar, a wokół płotka klubu z tupotem buciorów ustawiają się szturmowcy z Prewencji. Kurwa, niemożliwe żeby wszystko to było na moją cześć, nie ma takiej opcji. OK, sytuacja jest dobra ale nie tragiczna, przypadkiem trafiłem w obławę na kogoś zupełnie innego. Bez ibeka zatrzymają mnie do wyjaśnienia, zidentyfikują po paluchach, jeśli rozegram to dobrze, to jeszcze się wywinę. Grunt to nie stracić głowy. Potem zauważam jak z samochodu za kordonem policji wysiada dwóch kolesi w – garniturach? ciemnych kurtkach? Nie mogę na nich skupić wzroku, sam się odwraca –

Cenzorzy.

Ja pierdolę. To po mnie.

Przez głowę z wrzaskiem przebiega mi komplet opowieści o Cenzurze, o znikaniu znajomych dłubaczy, o zabezpieczeniach przerytych, jakby ich wcale nie było, o niefotografowalnych facetach w czerni, o technologii Wroga. O dziurach w pamięci, o kontroli umysłu.

A potem odpala świeca dymna.

Kiedy tłum zauważa kłęby dymu, niepokój zamienia się w panikę. Horda rusza na płotek i policjantów z prewencji, policjanci wyciągają gaz. LRAD ryczy, żądając SPOKOJU, a potem już tylko ryczy. Tłum przełamuje linię niebieskich i wylewa się na bulwar, a panika zaczyna się rozszerzać na inne kluby w pobliżu. Totalny chaos. Jeśli nie wykorzystam tej okazji to zasługuję na wszystko co mnie spotka.
Ruszam razem z tłumem, przeskakuję przez barierkę, tuż koło mnie ktoś obrywa elektropałą. Kawałeczek biegnę razem z wszystkimi, potrącany przez spanikowanych ludzi, potem skręcam między płotki, nad rzekę. Byle do Wisły, byle dalej od świateł i wrzasku. Za mną pierwsze strzały, mam nadzieję że to żel a nie ostra amunicja. Nie zwalniając nawet wbiegam w wodę, brnę do pomostu tramwaju wodnego i tam dopiero wyciągam z tuby ze sprzętem gogle, płetwy i dziesięciominutowy respirator. Zanurzam się w tym samym momencie, kiedy powierzchnię rzeki omiata światło z policyjnego poduszkowca.
Płynę całkowicie na ślepo. Po czasie, który wydaje mi się godzinami ostrożnie się wynurzam i wystawiam gały.
Prąd już mnie trochę zniósł, ale nie na tyle żebym nie widział pandemonium na bulwarze. Reflektorów z nieba jest więcej, kilka świeci też na rzekę przy brzegu. Nad piwogródkami unosi się opar, który – znając życie – jest gazem pieprzowym, migają w nim czerwone i niebieskie światła licznych radiowozów. Nadal słychać sporadyczne strzały, które toną w ryku LRADa. Kawałek w górę rzeki widzę ciemny kształt barki: kolejny transport poliolu (albo ziemniaków, albo łożysk, albo czegokolwiek) do ABT albo może trójmiasta. Nikt nie zwraca uwagi na barki. Długie minuty dryfuję z prądem, trzymając się nurtu i czekając aż barka się zbliży. Potem łamię rurkę chemicznej lampki i osłaniam ją tak, aby nie świeciła w stronę brzegu. W wodzie koło mnie ląduje rzutka i już po paru chwilach wdrapuję się na pokład.

Nikt nie zwraca uwagi na barki. Jeśli tak będzie i teraz, za jakiś tydzień będę w ABT. Gdzieś na pustkowiach po drugiej stronie rzeki jest nanoanarchistyczna enklawa, która mnie przyjmie – tam się przydam.

Dobranoc, Warszawo. Może wrócę.

Advertisements
Posted in PL

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s