01

Wycieraczki zgarniały deszcz z szyb samochodu, sunącego powoli między szarymi blokami. Opustoszałe budynki były jak ze sztancy – monotonię zasuniętych wiele lat temu żaluzji z rzadka zakłócało puste okno czy rachityczne drzewko rosnące na daszku nad wejściem. Interfejs nawigacyjny starawej furgonetki mżył słabą zielenią, co jakiś czas irytująco mrugając, ale bez niego kierowca zgubiłby się już dłuższą chwilę temu. Stukanie kropel o karoserię nie zagłuszało niegłośnej rozmowy z tyłu wozu.

– No więc idziemy wyjąć typa który was skroił, chłopaki. Macie szansę odpłacić się jakoś panu Dymitrowi, bo nie jest zadowolony.

– Hehe, nie jest zadowolony; niedopowiedzenie miesiąca – wtrącił się kierowca.

– Siedź cicho. Rozumiem że macie sprzęt?

– A czy niedźwiedź mieszka w Rzymie? Pewno że mamy sprzęt – odburknął wiercący się nerwowo, niewysoki blondyn.

– Wyluzuj Kangur, chłopaki robią nam przysługę, nie warcz na nich – mruknął siedzący obok drągal, wbijając magazynek do pistoletu maszynowego.

– No. To my pójdziemy po gościa na górę, wy obstawiacie budynek w razie jakby chciał spieprzać przez okno. To pajęczarz, jak wiecie, wiec uważajcie. Postarajcie się wziąć go żywcem.

– Żywcem?

– Owszem, Tyka, żywcem. Jak coś to wal po nogach.

Posiadacz automatu wykrzywił się z niesmakiem.

Samochód zatrzymał się przy krawężniku.

– Wysiadka, panowie – rzucił kierowca, wyłączając silnik.

– To tu?

– Co ty, głupi jesteś? To za rogiem, nie będę podjeżdżał pod samo wejście jak jakiś waran.

– Dobra, sprawdźcie wszystko.

Sprawdzenie zapasowych magazynków, wytrychów, nadajników (i telefonów, na co Tyka z Kangurem patrzyli z lekkim politowaniem) i całej reszty przydatnych drobiazgów zajęło czterem postaciom z tyłu wozu ledwie kilka minut. Piąty obecny, ogromny mężczyzna ubrany w znoszoną wojskową kurtkę, patrzył na krzątaninę pozostałych niewzruszenie. Jego twarz nie wyrażała niczego – a przynajmniej niczego nie mogli z niej wyczytać.

– Dziewięć, wszystko masz? Gotowy? – kierowca zwrócił się do giganta z dobrze skrywanym niepokojem.

Zapytany podniósł kciuk w niemym potwierdzeniu.

–  Ruszamy.

Rzucając ostatnie spojrzenie przez mokre szyby, wyszli w deszcz.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s